Categories
poradniki

Czy warto brać psychodeliki?


Kiedy zakładałem Poznaj Psychodeliki wydawało mi się, że każdy powinien chociaż raz ich spróbować. Spojrzeć na świat nowymi oczami. Obudzić się z apatii. Wyjść z cierpienia. Zachwycić się ich magią.

Ayahuasca, a później LSD, Psylocybina i Meskalina – te substancje zadziałały jak katalizatory procesu rozwoju mojej świadomości. Innymi słowy, zmieniły moje życie.

Po pierwsze pomogły mi w poszukiwaniach odpowiedzi na pytania dawno stawiane pytania. Kim jestem? Co tu robię? Czego życie ode mnie chce? Czy Bóg istnieje, a jeśli tak to czym jest? Starcem z brodą? Piorunem w ręku? Czystą energią?

Po kilku latach psychodelicznych doświadczeń dalej nie mam wszystkich odpowiedzi, ale wydaje mi się, że zrozumiałem dwie rzeczy. Pierwsza – Bóg nie ma brody. Druga – rzeczywistość naszego codziennego, odseparowanego od świata Ego jest niebezpieczną iluzją.

Branie psychodelików jest jak przeprawa mostem na drugą stronę rwącej rzeki. Tylko, że kiedy przechodzisz, odwracasz się, to się  orientujesz, że mostu nie ma. Nie ma powrotu do znanego wcześniej świata. Bo jeśli doświadczenie odbywa się zgodnie z zasadami sztuki – to ten świat rozpada się w pył.

Niestety w przeważającej większości państw, zdrowym na umyśle, pełnoletnim i odpowiedzialnym obywatelom odmawia się – rzekomo w imię ich dobra – możliwości uregulowanego prawnie doświadczania tych stanów. Naruszając przy tym nasz podstawowe prawa i wolności zagwarantowane przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej, w której Preambule czytamy:

pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przez Bogiem, lub własnym sumieniem, ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej.

Ponieważ ignorancja polityków w sprawie polityki narkotykowej od lat nieustannie prowadzi do niepotrzebnego ludzkiego cierpienia, prowadzi do problemów ze zdrowiem psychicznym, zagrożeń ekologicznych, marnotrawstwa środków publicznych i utrzymywania grup przestępczych, mam w głębokim poważaniu przepisy polskiej ustawy ds. przeciwdziałania narkomanii, które kryminalizują posiadanie substancji psychoaktywnych. Mój mózg, moja sprawa.
Biorę psychodeliki kiedy uznaję za stosowne, a w domu hoduję konopię indyjską na własne potrzeby. W całkowitej zgodzie z Bogiem i własnym sumieniem. Ta iskra zapaliła również tego bloga. Za to, że płonie dalej dziękuję patronom podcastu Poznaj Psychodeliki. Jesteście najlepsi.

Kwiecień to chyba najbardziej psychodeliczny miesiąc. W kwietniu
1943 odbyła się pierwsza podróż na LSD Alberta Hofmanna. Dzień później jest międzynarodowe święto 4/20. W kwietniu przychodzi wiosna, a wraz z nią wiatr zmiany. Napisałem tego posta w formie pytań i odpowiedzi, trochę jako podsumowanie kilku ostatnich lat moich doświadczeń. Jest, jak sądzę, przeznaczony dla wszystkich, którzy poczuli zew natury i chcą dowiedzieć się kilku podstawowych informacji o psychodelikach oraz o ludzkim umyśle, czyli miejscu, w którym odbywa się cały ten spektakl.

Co to znaczy, że substancja jest psychodeliczna?

Psyche z greckiego oznacza duszę, a delos – odkrywać, lub ukazywać. Środek psychodeliczny to taki, który odkrywa, ukazuje nam naszą duszę, lub inaczej – umysł.

Umysł to coś więcej niż mózg. To kompletne doświadczenie naszej egzystencji. To sposób, w który postrzegamy siebie i otaczający świat. Nasze emocjonalne reakcje, emocje, wspomnienia i głęboko zakorzenione wzorce postępowania.

Istnieje wiele różnych psychodelicznych substancji, które pomagają odsłonić niektóre tajemnice umysłu i ludzkiej świadomości.
Niektóre z nich zostały stworzone w laboratoriach podczas projektów badawczych (tak jak LSD) lub badawczo-hobbystycznych (tak jak substancje z grupy 2C oraz setki innych psychodelików stworzonych przez Alexandra Shulgina). Inne, chociażby moja ukochana Psylocybina czy Meskalina zostały poddane syntezie przez samą Matkę Naturę.

Nie jestem chemikiem, ale wiem, że struktura chemiczna psychodelików jest niemal identyczna z budową cząsteczki serotoniny. Serotonina to jeden z kilku najważniejszych neuroprzekaźników w naszym mózgu. Reguluje działanie wielu podstawowych, życiowych funkcji, od apetytu, przez nastrój, po sen. Jest również jedną z tych substancji, które są odpowiedzialne za poczucie spokoju i pewności siebie.

Ponieważ popularne psychodeliki są w swojej budowie zbliżone do serotoniny, znajdujące się w naszych organizmach receptory serotoninowe traktują je jako znajome sobie cząsteczki. Po wprowadzeniu do organizmu cząsteczki LSD, Psylocybiny, lub pokrewnych substancji, bez trudu podłączają się pod te receptory, łącząc się z nimi jak brakujące puzle. Dochodzi wtedy do stopniowych zmian w funkcjonowaniu mózgu. W dużym uproszczeniu wynikającym z mojego niewielkiego rozumienia neurologii, wyciszeniu ulegają mechanizmy regulujące codzienną świadomość, za to zaczynają powstawać nowe, niecodzienne połączenia pomiędzy wieloma regionami mózgu odpowiadającymi za szereg zadań takich jak: wrażenia zmysłowe, język, pamięć czy abstrakcyjne myślenie.

Między popularnymi psychodelikami działającymi na receptorach serotoniny istnieją oczywiście różnice. Każda z substancji ma swoją w nieco inny sposób zmienia percepcję. Różnią się między sobą czasem działania, sposobem administracji i efektami ubocznymi (Psylocybina na przykład często powoduje uczucie ciężkości nóg w pierwszych godzinach doświadczenia). Mimo tego większość klasycznych psychodelików więcej łączy, niż dzieli. Działają w oparciu o ten sam mechanizm, nie powodując żadnej fizycznej szkody w organizmie.
Obrazy neurologicznej aktywności mózgu, do której dochodzi po zażyciu psychodelików możemy zaobserwować na wielu dostępnych w sieci skanach mózgów osób pod wpływem tych substancji, które zostały udokumentowane przez instytutu naukowe w Wielkiej Brytanii i USA. Według prowadzących te badania naukowców, zdjęcia osób pod wpływem Psylocybiny i LSD przypominają zdjęcia mózgów buddyjskich mnichów w stanie głębokiej medytacji.

W jaki sposób konstruktywnie używać psychodelików?

W Buddyzmie Mahajany istnieje określenie skillful means,
co można przetłumaczyć jako “umiejętne sposoby”. Przez “umiejętne” rozumie się sposoby i techniki nauczania, które w logiczny i przemyślany sposób prowadzą osobę ku oświeceniu. Niepoprawne, nieumiejętne nauczanie może za to doprowadzić do jeszcze większego zamieszania i konsternacji. Wyrządzić więcej szkody, niż pożytku.

Podobnie jest z psychodelikami. Mają niezwykłą moc, kiedy są używane z szacunkiem, przygotowaniem, intencją oraz w odpowiednim kontekście. Jeśli używa się ich bez przygotowania, bez szczerej intencji, niedbale lub z nudy, efekty najprawdopodobniej będą odwrotne do zamierzonych, lub w najlepszym wypadku jedynie tymczasowe.

Jakie są więc umiejętne sposoby wykorzystania psychodelików? Poniżej moje cztery typy.

1. WYWOŁANIE ŚMIERCI EGO W KONTROLOWANYCH WARUNKACH

Śmierć Ego, inaczej – doświadczenie enteogeniczne, oznacza tymczasowe zaprzestanie identyfikacji z nabytym w procesie socjalizacji Ego. Śmierć Ego oznacza, że poczucie zwykłego, codziennego “Ja”, zostaje tymczasowo zastąpione przez coś znacznie większego.
Giną niektóre złudzenia i iluzje dotyczące tego, kim naprawdę jesteśmy. Granice pomiędzy ludźmi, zwierzętami, roślinami i planetą i kosmosem zaczynają się rozpuszczać. Śmierć Ego ma transformatywną moc.

W najlepszych przypadkach transcendencja granic Ego może poprowadzić w stronę zachwytu, sensu, zrozumienia wypieranych emocji i wglądu w ocean świadomości. Doświadczenie enteogeniczne perspektywy i pokazuje potencjał, który stoi przed każdym człowiekiem.

W najgorszych przypadkach dysolucja Ego może jednak doprowadzić do epizodów psychotycznych, poczucia dezorientacji i problemów z adaptacją do codzienności. Kiedy stary świat rozpadnie się na strzępy, trzeba mieć w sobie odwagę do tego, żeby zbudować sobie świat nowy. Oparty w psychodelicznym doświadczeniu, ale niezbyt oddalony od codzienności. Dzisiaj, bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy ludzi, którzy będą potrafili przełożyć swoje psychodeliczne doświadczenia na życie codzienne. Nie odlecą na inną planetę, ale zostaną tu, żeby zmieniać życie na lepsze.

Stwarzając warunki do maksymalizowania szans na pozytywne efekty i minimalizowania ryzyk, przewodnicy powinni poświęcić odpowiedni czas na przygotowania do podróży i wywiad dotyczący tego, czy osoba, która się na to pisze jest w pełni świadoma (1) stanu swojego zdrowia i (2) zakresu efektów, które mogą wystąpić podczas sesji. Należy również ustalić wszelkie zasady sesji, tak, żeby nie było miejsca na domysły i przypadkowość. Osobną sprawą jest wybór odpowiedniego przewodnika – najlepiej, żeby była to znana nam osoba, ktoś komu możemy zaufać i wiemy, że zna mechanizmy działania psychodelików. Szczególnie ważne i nie zawsze oczywiste jest to, żeby osoba, która postawi się w tej roli kierowała się wyłącznie altruistyczną motywacją i nie miała żadnej ukrytej agendy – takiej, jak np. chęć leczenie własnych problemów poprzez wykreowanie dla siebie nowego, “duchowego Ego” – szamana i uzdrowiciela, co niestety jest w większości przypadków po prostu kolejnym mechanizmem ucieczki od odpowiedzialności za własne życie.

2. KREATYWNE ROZWIĄZYWANIE PROBLEMÓW

Pomimo tego, że dopiero poznajemy neurologiczne mechanizmy działania psychodelików, wiemy, że substancje psychodeliczne powodują zmiany w sieci połączeń mózgowych określanej nazwą DMN (Default Mode Network). Podobnie do głębokiej medytacji, zmniejszają aktywność sieci połączeń odpowiedzialnej za codzienną świadomość, jednocześnie tworząc nowe połączenia pomiędzy ośrodkami mózgu regulującymi działanie zmysłów, ośrodka mowy, języka, emocji, pamięci i wyobraźni. Innymi słowy dochodzi do przełamania typowych, codziennych schematów postrzegania i porządkowania rzeczywistości. Ten mechanizm sprawia, że psychodeliki często wykorzystuje się w działaniach wymagających kreatywności, takich jak np. malowanie, tworzenie muzyki, szukanie nowych rozwiązań dla znanych problemów czy zdobywanie perspektywy wobec własnych stanów emocjonalnych. Kreatywność to nic innego jak umiejętność nieszablonowego myślenia prowadzącego do nowych rezultatów.

Prowadzone w USA przez profesora Jamesa Fadimana eskperymenty prowadzone na grupie inżynierów, architektów, fizyków i projektantów różnej maści wskazują, że dzięki psychodelicznym sesjom nastawionym na szukanie nowych rozwiązań dla wymagających intelektualnie problemów, zdecydowana większość uczestników wyszła z doświadczeń nie tylko z nowymi pomysłami, ale i realnymi projektami, które później zyskały rynkowe uznanie lub akceptację klientów. Spektakularny przykład stymulowania kreatywności to historia Steva Jobsa, który swoje doświadczenia z LSD uznał za jedne z najważniejszych w życiu, za coś co pomogło mu ukształtować światopogląd, na którym zbudował firmę Apple.

Tajemnicą sesji nastawionych na wspieranie kreatywności jest to, że dawki nie mogą być ani za niskie, ani tak wysokie. Muszą być na tyle wysokie, żeby umożliwić paletę efektów, ale nie na tyle, żeby godzinami kontemplować naturę Boga (dla uproszczenia, wybaczcie). Jedną z dodatkowych strategii stymulowania kreatywności za pomocą psychodelików jest wcześniejsze przygotowanie listy zagadnień lub problemów, z którymi planujemy zmierzyć się podczas sesji. Także przestrzeń do podróży wymaga odpowiedniego przygotowania – zamiast koców, opasek na oczy i tym podobnych elementów typowych dla sesji enteogenicznych, tutaj tutaj przydatne będą arkusze papieru, zeszyty, instrumenty, albumy z inspirującymi cytatami, odpowiednio dobrana muzyka i inne elementy, w zależności od potrzeb.

3. POPRAWA NASTROJU I CODZIENNEGO FUNKCJONOWANIA

Międzynarodową sławę zdobył przez hype w Dolinie Krzemowej. Microdosing polega na przyjmowaniu granicznych dawek psychodelików – około 10-20% standardowej dawki (za standardową przyjmuje się dawkę taką, jak w poprzednim przykładzie – doświadczenie, które może, chociaż nie musi doprowadzić do śmierci Ego). Te graniczne dawki psychodelików powodują subtelne, choć wyczuwalne zmiany w nastroju, bez efektów typowych dla dawek wysokich. Co to znaczy?
Zmysły są bardziej wyostrzone, kolory bardziej intensywne, zapachy wyczuwalne. Czujesz w ciele subtelną, pozytywną energię. Jesteś bardziej obecny. Małe czynności sprawiają więcej radości. Nie chcesz wrzucać w siebie śmieciowego jedzenia i śmieciowych myśli. Wolisz sałatkę i zielony smoothie. Radość z wyjścia na spacer z psem dawno nie sprawiała ci tyle frajdy.

Nie są to niestety efekty, których doświadczy każdy. Z raportów gromadzonych przez profesora Fadimana (Guru niewielkiej ciągle dziedziny badania długotrwałych efektów microdosingu). Może to być spowodowane faktem, że nawet na tak niewielkich dawkach jak kilka mikrogramów LSD, wzrasta zdolność do odczuwania tych emocji, które podświadomie odczuwamy.

Temat microdosingu jest obiecujący, ponieważ pozwala zapoznać się z psychodelikami grupie osób, która nie chce od razu dawać głębokiego nura do jeziora, ale zoptymalizować pracę swojego mózgu lub poradzić sobie w lepszym stopniu z codziennymi emocjami. Microdosing stanowi też potencjalną alternatywę dla popularnych leków na ADD, takich jak Metylofenidat (Ritalin), czy Amfetamina (Deksedryna, Adderall). Obie powyższe substancje niebezpiecznie igrają z dopaminą, deregulując i rozregulowany u większość z nas mechanizm nagrody, a prowadzą przy tym do zaburzeń apetytu, snu i inteligencji emocjonalnej. Mikrodawki psychodelików również również mogą pomóc koncentracją, najprawdopodobniej przy mniejszej ilości niepożądanych efektów ubocznych.

4. ZBLIŻENIE EMOCJONALNE I LECZENIE TRAUMY

Ostatnią kategorią umiejętnego korzystania z psychodelików jest wykorzystywanie ich do lepszego zrozumienia naszych własnych emocji. Do budowania zgody ze swoją przeszłością i z najbliższymi ludźmi.

MDMA, substancja pokrewna psychodelikom, działa tymczasowo osłabiając aktywność ośrodków strachu w mózgu. Powoduje wzrost poczucia empatii i chęci dzielenia się szczerymi uczuciami z drugą osobą. Dzięki temu MDMA jest nieocenioną substancją w procesie terapeutycznym.

Terapia z użyciem MDMA polega na tym, aby mierzący się z problemami psychologicznymi pacjent bez strachu mógł powrócić do wydarzeń z przeszłości i wyzwolić od ich często destruktywnego wpływu na teraźniejszość. MDMA powoduje stan, który Michael Mithofer, psychiatra Medical University of South Carolina, specjalizujący się w leczeniu zespołu stresu pourazowego, określa jako “stan optymalnego pobudzenia”. Jak czytamy w książce Macieja Lorenca “Czy psychodeliki uratują świat?”

“Ludzie z PTSD często mają problem polegający na tym, że kiedy myślą lub mówią o swojej traumie, często ogarnia ich strach, czyli stają się nadmiernie pobudzeni. Mogą jednak zareagować zupełnie odwrotnie, a mianowicie wpaść w stan zobojętnienia, a więc niewystarczającego pobudzenia. […] Skuteczny proces terapeutyczny może nastąpić wyłącznie w “strefie optymalnego pobudzenia”, czyli pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. MDMA sprawia, że ludzie wchodzą w ten stan i pozostają w nim kilka godzin”

Z kolei z badań dotyczących MDMA i alkoholizmu prowadzonych w Wielkiej Brytanii przez dr. Bena Sessę wynika, że podstawą wielu mechanizmów uzależnień jest nieprzepracowana trauma z okresu dzieciństwa. MDMA pozwala powrócić do tych wydarzeń bez towarzyszącego im zwykle uczucia strachu, zrozumieć te uczucia, skonfrontować się z nimi i w końcu wyzwolić od ich negatywnego wpływu.

Warto jednak pamiętać, że w trakcie terapeutyczego stosowania MDMA, opróćz fali pozytywnych uczuć i doznań, dochodzi też do konfrontacji z trudnymi i wymagającymi emocjami. Podczas sesji z MDMA często po policzkach spływają łzy radości. Z tej konfrontacji, jeśli potrafimy pracować z emocjami, rodzi się poczucie wielkiej siły i chęci do życia.

Empatogenne właściwości MDMA nie ograniczają się jednak wyłącznie do leczenia traumy. W latach 60-tych, Alexander Szulgin, który odkrył niezwykłe właściwości tej substancji, nazwał ją “oknem”. Mimo, że posiada inny mechanizm działania niż klasyczne psychodeliki, jak również nieco większy profil ryzyka, MDMA również osłabia władzę Ego nad umysłem. Substancja sprawia, że opuszczamy gardę. Stajemy przed sobą bezbronni. Łatwiej jest zrozumieć punkt widzenia drugiego człowieka, ponieważ widzimy w nim siebie.

MDMA uczy nas kilku oczywistych, ale rzadko praktykowanych, prawd. Że zdecydowanie więcej nas, ludzi łączy, niż dzieli. Że życie tylko i wyłącznie dla siebie jest pozbawione sensu. Że najlepszą rzeczą, jaką możemy dla kogoś zrobić, to posłuchać co ma do powiedzenia. Jej głównym przesłaniem jest wdzięczność. Wdzięczność za wszystko co masz, za wszystkie osoby w Twoim życiu.

No i, że skóra potrafi być tak zajebiście przyjemna w dotyku.
Prawie tak bardzo, jak oddychanie.

Czy są jakieś niepożądane efekty uboczne psychodelików?

Każda substancja psychoaktywna może doprowadzić do szeregu nieprzewidzianych efektów. Wystarczy, że wyjmiesz ulotkę z Ibuprofenu, żeby przekonać się, że nawet środek przeciwbólowy, który kupisz przy kasie w Biedronce masę efektów ubocznych. W “działaniach nieporządanych” Ibuprofenu znajdują się między innymi: pocenie się, zmiany nastrojów, wymioty, wysypki skórne, utrata apetytu, nieregularny oddech, ale także…wypadanie włosów, utrata orientacji, śpiączka (!) czy halucynacje (!). Doliczyłem się ich sto dwadzieścia.

Biorąc pod uwagę fakt, że leki farmaceutyczne, w tym leki OTC (bez recepty) mogą doprowadzić do tego typu “efektów ubocznych”, a dalej są uznawane przez nasze Ministerstwa i Inspektorat Farmaceutyczny za wystarczająco bezpieczne, aby je sprzedawać w supermarketach, to faktycznie potrafi dziwić fakt, że psychodeliki pozostają nielegalne. Nie dostarczają sprawiają organizmowi nawet 1/10 takich paskudnych problemów.

Mimo, że praktycznie pozbawione toksyczności i bezpieczne dla organów ciała, psychodeliki niosą za sobą innego rodzaju ryzyka.
Największym z nich jest przyjmowanie ich przez nieświadome, nieprzygotowane jednostki, w nieodpowiednim dla takich doświadczeń kontekście. Przypadkowość rodzi szanse na myśli paranoiczne, ataki paniki, psychicznego zagubienia i poczucie dezorientacji, które w skrajnych przypadkach może skończyć się na lokalnym oddziale szpitala psychiatrycznego.

Sprawny przewodnik lub terapeuta będzie wiedział, jak przywrócić psychiczną równowagę w trudnych momentach, jak prowadzić doświadczenie minimalizując takie ryzyka niemal do zera. Jednak, podziękujmy za to naszym rządom, większość ludzi bierze psychodeliki bez takiej pomocy, skazując się na fragmentaryczną wiedzę swoich znajomych i przypadkowość. Nie jest to najlepsza recepta na sukces.

Jednak dla osób, które eksperymentują z psychodelikami poniżej kilka pro tipów, które warto wziąć pod uwagę, żeby nie zgubić się zanadto w podróżowaniu w brzuchu wieloryba.

1. Psychodeliki i Maria się lubią, czasami za bardzo

Mieszanie każdej substancji psychodelicznej z marihuaną znacznie wzmacnia psychodeliczne efekty obu substancji. Czasami sam zapominam o tym, że marihuana sama w sobie jest psychodelikiem. Zwłaszcza, jeśli zawartość THC oscyluje w okolicach 20%. W przypadku łączenia konopi z psychodelikami 1+1=3, a czasami nawet 5, 6 lub 7. Połączenie kannabinoidów i LSD, Psylocybiny lub Meskaliny nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla organizmu, w taki sposób jak np. łączenie leków przeciwbólowych z alkoholem, jednak zdecydowanie podnosi ryzyko wpadnięcia w bad tripa. Psychodeliki
w połączeniu z Marią na prawdę potrafią namieszać w głowie, zwłaszcza jeśli zapalisz na peak’u. Nawet kiedy zapalisz kilka godzin później, THC wydobędzie na wierzch  substancję psychodeliczną.
Jeśli chodzi o doznania, no cóż, zostawmy to na boku. Mają jeszcze większy potencjał do tego, żeby stać się zarówno pozytywne, jak i negatywne. Jeśli zdecydujesz się waporyzować (nie pal, waporyzuj) marihuanę podczas sesji psychodelicznej, to pamiętaj, żeby zacząć od bardzo małej dawki. Zawsze można wziąć więcej, ale jak się weźmie za dużo, to już się nie da wziąć mniej. Taka ludowa mądrość.

2. Psychodeliki i empatogeny również się lubią, jednak należy uważać

MDMA jest z fizjologicznego punktu widzenia substancją stosunkowo bezpieczną, jednak nadal cechuje się większymi ryzykami niż Psylocybina lub LSD. W połączeniu z inną substancję ryzyka tej substancji rosną – tak, jak w przypadku każdej interakcji leków. Aby ograniczyć szanse na takie zdarzenia należy pamiętać o tym, aby:

A. Używać jedynie połowę standardowej dawki MDMA, ponieważ działanie substancji w interakcji z psychodelikiem jest wyczuwalne. W trakcie jednej sesji nie powinno przekraczać się 120 miligramów. To oznacza, że w przypadku takiego candy-flipa wystarczy 60 miligraów. Dla porównania, znaczna część pigułek sprzedawanych na rynku jako MDMA lub Ecstasy zawiera dwukrotnie większe stężenia tej substancji, co staje się pośrednią przyczyną problemów zdrowotnych.

B. Nie przyjmować substancji równocześnie, żeby peak obu substancji się nie pokrywał. Jedną z metod jest zażycie najpierw substancji psychodelicznej, a po 4 godzinach, kiedy peak minie, przyjęcie niewielkiej dawki MDMA. W przypadku ponownego podania MDMA dla podtrzymania efektów należy stosować nie więcej niż połowę pierwszej dawki.

Decydując się na candy lub hippie-flipping należy jednak pamiętać o tym, że tak, jak w przypadku mieszania z marihuaną, i tutaj istnieje szansa na zarówno pozytywne, jak i negatywne doświadczenia. Mogą wystąpić chwilowe ataki paniki, uczucia dezorientacji, utraty poczucia kontroli i wyłonienia się na wierzch negatywnych emocji. To prawo Tao, prawo równowagi i balansu przeciwstawnych sił, które uczy nas, że na tym świecie, nie ma nic za darmo.

Na sam koniec – czy można łączyć MDMA z kokainą lub alkoholem? Nie, nie i jeszcze raz nie. Takie połączenia znacznie zwiększają możliwość wystąpienia nieprzewidzianych, negatywnych interakcji i są gwarancją tego, że w następnych dniach będziecie czuć się fatalnie. W przypadku, gdy doświadczenie odbywa się przy poszanowaniu dobrych terapeutycznych praktyk, tego rodzaju ryzyka są minimalizowane praktycznie do zera.

3. Ostatnią, a przy tym absolutnie kluczową kwestią jest to, że przyjmowanie psychodelików przez osoby niestabilne emocjonalnie, osoby odbywające terapię antydepresantami, przyjmujące regularnie leki anty-psychotyczne lub też cierpiące na poważne zaburzenia osobowości nie powinny brać psychodelików. Inaczej może się to skończyć bardzo źle. Dla takich osób istnieją po prostu inne, mniej ryzykowne metody eksploracji umysłu, tak jak chociażby medytacja.

Nie powinny raczej też brać psychodelików osoby, które mają w rodzinie historię chorób psychicznych. Istnieje ryzyko, że takie doświadczenia wydobędą na wierzch uśpione choroby i zamiast kogoś wyleczyć, oddalą go od zdrowia i psychicznej równowagi.

Gdzie wybrać się na psychodeliczną ceremonię?

Wraz z rosnącą popularnością psychodelików rośnie też liczba ceremonii. Obecnie na ceremonię z Ayahuascą można się wybrać w prawie wszystkich krajach Europy. Niestety nie jest tam zawsze super różowo. Radzę zrobić na prawdę głęboki wywiad i dać sobie trochę czasu, zanim zapiszecie się na “weekend z naturalną medycyną” i tym podobne wydarzenia reklamujące się na Facebooku.

W ostatnich latach podczas takich, organizowanych w szarej strefie, wydarzeń doszło do kilku poważnych wypadków, ze zgonami, próbami samobójstw i molestowaniem seksualnym włącznie.

W środowisku psychodelicznym dwa lata temu zrobiło się głośno o przypadku Octavio Rettiga i Gerry’ego Sandovala, którzy prowadzili ceremonie z Bufo Alvarius (5-MeO-DMT) dla setek osób w Stanach i Europie. Byli znanymipostaciami w środowisku i żeby dostać się na ceremonię trzeba było czekać w kolejce ludzi.

Wszystko było spoko, do momentu, kiedy nie zaczęły wyciekać opinie uczestników dotyczące tych sesji na Reddicie i podczas spotkań środowiska psychodelicznego.

Główne zarzuty przeciwko Octavio Retigowi dotyczyły w głównej mierze wątpliwych praktyk, które ten stosował wraz ze swoimi współpracownikami podczas ceremonii. Było to między innymi siłowe wdmuchiwanie rapé do nosa (psychoaktywna mieszanka ziołowa na bazie tytoniu) osobom na peaku doświadczenia z Bufoteniną, używanie elektrowstrząsów, aby utrzymać ciało w pionie, jak również wlewanie nieświadomym niczego osobom wody do gardła. Przykłady takich praktyk, w połączeniu z brakiem uwagi poświęcanej uczestnikom, doprowadziło do kilku śmierci.

Na poniższym filmie Octavio niemal nie doprowadza do uduszenia człowieka znajdującego się pod wpływem Bufoteniny. Film dla widzów o mocnych nerwach.

Szok? Przerażenie? Niedowierzanie?

Mimo zapewne dobrych intencji zbawiania świata psychodelikami pewna część osób organizujących ceremonie ewidentnie nie dorosła do tego, żeby to robić. Prawda jest niestety taka, że nawet w tym środowisku nie wszyscy wiedzą co robią i nie wszyscy też cechują się nieskazitelną, moralną postawą. Udział w ceremoniach opiera się jedynie na zaufaniu i wierze w to, że wszyscy w środowisku psychodelicznym będą wykazywać się jedynie altruistyczną motywacją. No, cóż, niestety nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistością.

Kiedy zdarza się sytuacja taka jak z Octavio, albo jakakolwiek inna sytuacja, w której łamane są podstawowe, zasady bezpieczeństwa i zdrowego rozsądku, cierpi na tym cała społeczność. W dużej mierze cierpi też ruch na rzecz legalizacji psychodelików, ponieważ te sytuacje mają taką cechę, że kiedy pojawiają się w mediach głównego nurtu, to naturalnie winna staje się sama substancja.

 Jasne. Pewnie w psychodelicznej społeczności jest więcej fajnych, zdrowych, godnych zaufania rozsądnych osób, niż w kole łowieckim czy Stowarzyszeniu Świadków Jehowy, ale nawet my nie unikniemy prawa Pareto. Wynika z niego, że jak w pokoju jest zamknięte stoo osób, to co najmniej dwóch jest wariatami.

To tak, jak z sikaniem w basenie. Wystarczy, że nasika jedna osoba, a pływać w tym później musimy wszyscy.

W tej samej kategorii problemów: Ayahuascowe gwałty w Ameryce Południowej. To jest już kompletna żenada. W zeszłym roku czytałem nagłówki “Szaman wykorzystał mnie seksualnie podczas ceremonii Ayahuasci”.

To jest straszne. Po pierwsze dlatego, że ktoś wykorzystywał Ayahuascę całkowicie sprzecznie z jej intencjami, łamiąc fundamentalne moralno-etyczne normy całkowicie wbrew woli drugiego człowieka, lub też w znacznie zmienionym stanie świadomości, dzięki któremu uzyskał niemal całkowitą kontrolę nad jego duchem. Jestem pewien, że karma wróci do tego “szamana”, który wykorzystywał Ayahuascą, aby dać upust własnemu cieniowi. Niektórzy z tych “szamanów” są zwykłymi oszustami. Niektórzy bawią się w czarną magię. Dzieciaki, to nie jest zabawa. Są na świecie ludzie, którzy będą chcieli to wykorzystać, ponieważ na zewnątrz zakładają maskę duchowości, ale w środku są kimś zupełnie innym. Kimś opętanym przez własny cień i nieposkromione demony. 

Broda nie czyni filozofem. Habit nie czyni mnichem. To, że ktoś mieszka w Peru i oferuje ceremonie nie czyni go szamanem. Wyjeżdżając w podróż do obcego kraju, decydując się na coś takiego,
musicie mieć stuprocentowe przekonanie i zweryfikowane źródła informacji dotyczące osób i miejsc. Poza tym pozostaje Wasza własne intuicja, która pierwsza potrafi zasygnalizować, że coś może pójść nie tak. Słuchajcie jej.

To oczywiście nie znaczy, że opisywane tu przypadki to norma. Ktoś po prostu znowu nasikał do basenu.

Jaka jest różnica między oświeceniem a doświadczeniem psychodelicznym ?

Istnieje wiele różnic i kilka podobieństw pomiędzy stanami psychodelicznymi, a oświeceniem. Pierwsza i jak sądzę najważniejsza różnica jest taka, że oświecenie nie jest doświadczeniem, jak również nie jest przejściowe. Oświecenie oznacza wgląd, zrozumienie i mądrość. Jest trybem funkcjonowania umysłu. Polega na przeprogramowaniu głęboko zakorzenionych wzorców myślenia i reagowania na wszelkie życiowe zdarzenia. Psychodeliki z drugiej strony wywołują konkretne doświadczenia, które ma swój początek i koniec. Oczywiście istnieje możliwość przełożenia doświadczeń psychodelicznych na życie codzienne – na tym polega integracja. Jednak samo branie psychodelików bez aktywnej i najlepiej prowadzonej w jakiś sposób pracy nad integracją, nie doprowadzi do oświecenia, a jedynie chwilowego wglądu w możliwości umysłu.

Innym podobieństwem jest to, że zarówno podczas praktyki medytacji, jak i w doświadczeniu psychodelicznym, możesz doświadczyć głębokiego stanów wglądu w prawa natury. Kiedy jest to wynikiem medytacji, twój umysł i ciało pozostają w pełni operacyjne, skupione i spokojne. W ciągu kilku chwil, jeśli zaistnieje taka potrzeba, możesz wrócić do ciała i poprowadzić normalną rozmowę z sąsiadką. Doświadczenia psychodeliczne, które prowadzą do rozpadu Ego zazwyczaj wiążą się z czasowym upośledzeniem ruchowym na jakimś poziomie i są określone w czasie. W “medytacyjnym stanie świadomości” możesz prowadzić samochód, rozmowę albo iść z psem na spacer. Trudno byłoby to zrealizować na heroicznej dawce magicznych grzybów czy Ayahuasci.

Trzeba też pamiętać, że nie tylko psychodeliczny haj, ale również ten medytacyjny haj, który również czasami się zdarza, wcale nie oznacza oświecenia. Jest po prostu kolejnym krokiem na ścieżce.

***
Jeśli dotarłeś, lub dotarłaś do tego miejsca, należą Ci się gratulacje. Teraz tylko klik dzieli Cię od tego, żeby zostać patronem podcastu Poznaj Psychodeliki i pomóc mi dalej szerzyć tego wirusa.

Categories
Uncategorized

Polowanie Na Najlepszy Haszysz W Indiach


Jeśli człowiek zechce pozbyć się ucisku nie do zniesienia, być może będzie musiał zjeść haszysz – Friedrich Nietzsche

– Z jakiego jesteś kraju? Gdzie teraz jedziesz? Policjant świecił latarką w paszport chłopaka, który siedział obok mnie w autobusie zmierzającym nocą z Himalajów do Delhi. – Jestem z Izraela. Jadę do Delhi spotkać się z moimi Guruji. – Z Guruji, tak? Na twarzy policjanta pojawił się grymas zwątpienia przypominający uśmiech (Guruji oznacza duchowego nauczyciela).


Kiedy próby znalezienia haszyszu w podręcznym bagażu, jak i w paczce prezerwatyw Izraelczyka (policjant sprawdzał ją wyjątkowo uważnie) nie przyniosły skutku, oficer indyjskiej Policji postanowił przeszukać główny bagaż podejrzanego, znajdujący się w luku. Wyprowadzono chłopaka na zewnątrz, a ja myślałem o jednym. Czy jestem następny? W całym autobusie tylko my dwaj jesteśmy biali. Dla wszystkich było jasne, że biali turyści to najlepsze źródło łapówek. 


Wsadziłem rękę do kieszeni znajdując niedopalonego skręta. Schowałem go specjalnym bezzapachowym opakowaniu “udającym” długopis. Położyłem na ziemi i przydeptałem nogą. W portfelu została mi moja zdobycz – tola (10g.) Malana Cream, uznawanego konsekwentnie za najlepszy charas w całych Indiach.

Minęło piętnaście, może dwadzieścia minut. Nadal nikt nie wracał.

Zacząłem odpływać w myślach. Oczami wyobraźni widziałem twardą twarz policjanta. Jego idealnie przystrzyżone wąsy i spojrzenie nieufnego wilka. Spojrzeniu analizującye czy już teraz jest już moment na propozycję łapówki?

W całym regionie roi się od posterunków, dla których to istotne źródło przychodu.

To oczywiście nie wina policjantów, że charas i inne produkty z konopi są w Indiach (z niewielkimi wyjątkami) nielegalne. Czasami jednak zastanawia mnie dlaczego Policjanci nie są największymi przeciwnikami prohibicji? Muszą z pewnością widzieć na własne oczy, że ten system nie rozwiązuje problemu narkotyków. Niestety z punktu widzenia Policji, mocno skorumpowanej instytucji, prohibicja jest opłacalna. Dla 100% pechowych turystów wybór pomiędzy groźbą więzienia, a kilkoma tysiącami rupii będzie oczywisty. Nie twierdzę, że nie ma uczciwych Policjantów, którzy nie nadużywają swojej pozycji, ale przynajmniej w tej sprawie to zdecydowana mniejszość.

Zastanawiałem się, ile pieniędzy mam w portfelu.

Z myśli wybiło mnie światło latarki.

Policjant, który nagle pojawił się w autobusie, jak na ironię losu zaczął szperać i świecić latarką po ziemi, dokładnie tam, gdzie leżał mój fioletowy długopis z ukrytym jointem. A myślałem, że jestem taki sprytny, jak go tam ukrywałem….Po plecach przebiegły mi ciarki. Jednak policjant przeszedł dalej, a mój “długopis” pozostał niezauważony. Odetchnąłem z ulgą. Ganesha, patron udanych podróży, najwyraźniej dalej mi sprzyjał.

takie i inne bezzapachowe pudełka na stronie tightpac.eu

Po chwili w autokarze z uśmiechem od ucha do ucha pojawił się Izraelczyk i ruszyliśmy w dalszą drogę. “I know where to hide my shit” powiedział. Where okazało się być w majtkach. Tam policjant też podobno szukał, ale najwyraźniej niewystarczająco dokładnie.

Parvati Valley to region północnych Indii, który wśród koneserów produktów konopnych znany jest przede wszystkim z wysokiej jakości haszyszu. Na przełomie września i października, wraz z końcem corocznych opadów deszczu, rozpoczyna się tu sezon na charas business na sporą skalę. Charas wytwarza się w niewielkich, odciętych od świata wioskach położonych na górskich zboczach doliny Parvati. Żeby tam dotrzeć trzeba pojeździć sobie po górskich zawijasach wypchanymi ludźmi autobusami, a później przedrzeć się przez zbocza, błoto, kamienie, śmieci, rzeki i inne drobne przeszkody, co sprawia że podróż momentami potrafi być ekscytująca. Przyjeżdżają tu handlarze, którzy kupują i okazjonalnie próbują przemycać kilogramy haszyszu, ale przede wszystkim przyjeżdżają zwykli turyści, których w północnych Indiach od lat 60-tych do dziś jest nieustannie wielu. Trekkerzy, backpackerzy, dredziarze, artyści, dziwacy i normalsi włóczą się tu tygodniami od wioski do wioski. Głównie z Izraela, ale też z Indii, Rosji i Europy. 

Kiedy sam wybrałem się do Parvati nie byłem w najlepszym stanie : właśnie zaczynały się skutki zatrucia pokarmowego, które miało się za mną ciągnąć przez najbliższe tygodnie. Zaczynałem mieć też powoli dość Indii. W ciągu podróży, kiedy tylko kupowałem charas okazywało się, że to nie do końca to, czego szukam albo znowu zostałem oszukany. Nie była to również legendarna jakość, o której słyszałem od pierwszego pobytu w tym kraju miesiące wcześniej. Do mojego lotu powrotnego do Polski został niecały tydzień, a do tej pory większość doświadczeń z indyjskim haszyszem była raczej rozczarowująca. Jednak udało mi się odnaleźć w sobie resztkę heroizmu i postanowiłem, że żołądkowe dolegliwości nie zatrzymają mnie przed znalezieniem rzekomo najlepszego haszyszu w całych Indiach, a według niektórych, nawet na całym świecie. Moim celem była legendarna wioska Malana i pochodzący z niej równie legendarny Malana Cream. Moja ostatnia szansa.

Czym jest haszysz? 

Haszysz, hasz, lub właśnie charas to różne określenia pewnej rodziny produktów konopnych. Żeby zrozumieć czym ta rodzina się wyróżnia musimy zacząć od zrozumienia podstawowych faktów dotyczących budowy rośliny Cannabis Sativa/Cannabis Indica. Konopie składają się z korzenia, łodygi, liści i kwiatów, tak jak większość innych kwitnących roślin. Konopia (i jej nasiona) jest wartościowych aminokwasów i ma cały szereg innych pozytywnych właściwości, na przykład niezwykle trwałe włókno. W pewnym momencie życia żeńskich osobników zaczyna dochodzić do pewnych zmian. Kiedy dziewczynki zaczynają kwitnąć na pomniejszych liściach i kwiatach pojawiają się tzw. włoski wydzielnicze (ang: trichomes). To substancje znajdujące się w tych włoskach są sekretem haszyszu. Same włoski pełnią funkcję gruczołów odpowiedzialnych za wydzielanie kannabinoidów – aktywnych związków chemicznych odpowiedzialnych za psychologiczne i medyczne efekty działania konopi. Najbardziej znanym kannabinoidem jest Tetrahydrocannabinol, w skrócie THC. Produkcja haszyszu polega na oddzieleniu materiału pochodzącego z włosków wydzielniczych od reszty rośliny, a następnie wytworzenie uzyskanego materiału ciemnej, lepiej plasteliny – haszyszu. Określenie cream dotyczy konsystencji gotowego produktu, który w zależności od techniki ekstrakcji żywicy i innych czynników może mieć delikatną, kremową konsystencję. Do produkcji haszyszu można używać wielu metod, ale charakterystyką tego pochodzącego z Malany było to, że wycierało się go z rośliny wyłącznie rękami, bez użycia żadnych rozpuszczalników, ani zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Taki haszysz określa się właśnie jako charas. Ze względu na prostotę tej metody, charas zyskał w Indiach, Pakistanie i okolicznych regionach wielką popularność. W górskim, wilgotnym klimacie jest to produkt stosunkowo łatwy do uzyskania, nie wymaga długotrwałego suszenia czy curingu, tak jak ma to miejsce w przypadku suszu kwiatów konopi.

Na przestrzeni wieków haszysz cieszył się popularnością nie tylko w dalekich krajach świata takich jak Indie, Pakistan czy Maroko. W XIX wieku, europejscy lekarze importowali go z Afryki i używali go jako bazy do produkcji lekarstw, prowadzili badania nad jego działaniem, a także eksperymentowali z pierwszymi metodami ekstrakcji. Haszysz był też popularną używką filozofów. W połowie XIX wieku został uformowany w Paryżu słynny Club des Hashischins, sekretne miejsce spotkań i debat filozoficznych upalonych pisarzy takich jak Hugo, Dumas czy Balzac. Z haszyszu korzystał też okazjonalnie Friedrich Nietzsche i wielu innych intelektualistów, muzyków, pisarzy i artystów. W drugiej połowie XX wieku w wyniku wprowadzenia międzynarodowej prohibicji produkty na bazie haszyszu zaczęły znikać z aptek, a haszysz zaczął tracić na swojej popularności.

Włoski wydzielnicze pokrywające powierzchnię konopi

Podróż do źródła

Moje poszukiwanie legendarnego indyjskiego charasu zaczęły się w Delhi. Autokar miał stać „przy szosie X, w pobliżu stacji benzynowej, niedaleko świątyni”. Indyjski styl udzielania drogowych wskazówek nie był szczególnie precyzyjny. Po etapie poszukiwań udało się zwieńczyć etap poszukiwania mojego środka transportu sukcesem. Następnie, po krótkiej walce o najlepsze miejsca w stylu deathmatch każdy na każdego, wszyscy w końcu usiedli, a autokarowy steward rozdał nam woreczki do wymiotowania. Założyłem opaskę na oczy, włożyłem słuchawki do uszu, odpaliłem Netflixa i w końcu, kilkanaście godzin później, przeziębiony, obudziłem się w chłodnej i zamglonej dolinie Parvati. Z bliżej nieznanych mi przyczyn autobus postanowił jednak zmienić trasę i zamiast do Kasol – niewielkiego miasteczka, z którego w prosty sposób miałem dostać się do Malany, pojechał do oddalonego o 70 kilometrów Manali (tak, Malana i Manali to dwa różne miejsca). “Typowe Indie” – pomyślałem. Postanowiłem, że popłynę z prądem, zostanę na chwilę w tej okolicy i dojdę do siebie w okolicznej wiosce Vashisht. Mój żołądek przestał tolerować górskie jedzenie, uszy miałem zatkane przez infekcję wirusową, a ogólny stan organizmu określiłbym jako „wymagający poprawy”.


Po kilku dniach w Vashisht powoli zaczynałem czuć się lepiej i pogoda również się poprawiła. Postanowiłem, że czas najwyższy skonfrontować się z przeznaczeniem i ruszyć do Malany. Pierwszy odcinek to podróż lokalnymi autobusami z Manali do Kasol, który miał trwać 3-4 godziny, a trwał jakieś 6-7. Jednak ostatania rzecz, na którą miałem ochotę to dać zarobić lokalnej taksówkowej mafii, więc za jakieś 100 rupi i po dwóch przesiadkach lokalny autobus w końcu dowiózł mnie do Kasol.  Inna nazwa tej miejscowości to “mały Izrael”. To miała być moja baza wypadowa do Malany.

 

Większość osób, które spotykałem na trasie sugerowała, żeby będąc w Kasol pojechać do Malany rano, zrobić zaopatrzenie i wrócić po południu. Taki był mój plan. Pomyślałem, że ułatwię sobie życie i ponieważ dalej czułem się chory, to zamiast w pieszy trek, pojadę do Malany skuterem. Kiedy szukałem miejsca, w którym mógłbym wypożyczyć scootie liczyłem na krótką i przyjemną przejażdżkę. Wioska Malana była oddalona stąd zalewdwie o dwadziesieścia kilometrów. Gdy jednak powiedziałem w wypożyczalni, że planuję jechać do Malany na twarzy przyjmującego ode mnie pieniądze Indusa pojawił się niepokojący uśmieszek. Pokiwał głową i powiedział „very nice roads”. Na myśl o kolejnej podróży zakręconymi, górskimi drogami po ciele przebiegły mi ciarki. Za sobą miałem miałem już kilka dość traumatycznych podróży lokalnymi autobusami, ostatnio przewróciłem się na skuterze, a droga prowadząca do Malany miała być jeszcze bardziej wymagająca, niż te wcześniejsze. Wioska znajdywała się dość wysoko w górach, było niezbyt ciepło a w ostatnich dniach prawie codziennie padało. Brać skuter? Iść pieszo? W moich myślach zaczął pojawiać się zamęt. Z jednej strony miałem ochotę pojechać skuterem i coś sobie udowodnić, z drugiej strony nie były to warunki dla początkujących. W końcu podjąłem racjonalną decyzję. Powiedziałem, że rezygnuję, nie biorę skutera i proszę o zwrot pieniędzy. Proces obrażania się na świat się rozpoczął. W żalu i złości na samego siebie oddaliłem się od wypożyczalni pogrążając w coraz czarniejszych myślach. Myślałem tylko o tym, że znowu los rzuca mi kłody pod nogi. Że znowu jest coś nie tak. Że znowu nie przemyślałem wszystkiego odpowiednio głęboko. W dodatku po drodze spotkałem człowieka, który przyszedł do wypożyczalni zaraz po mnie. Zauważył, że wracam pieszo i ze zdziwioną miną zapytał dlaczego nie wziąłem skutera. Powiedział mi, że gdyby wiedział, że nie musiałby wypożyczać większego i droższego motocykla. Powiedziałem mu, że jeśli chce to może wrócić i go sobie wziąć, jeszcze bardziej zły na siebie i na to, że mój negatywizm teraz ściąga w dół także innych. Każdy kolejny fragment tej podróży był trudniejszy, niż zakładałem, a ja przestawałem już mieć na to wszystko siłę.

Kiedy ze sporym przyspieszeniem staczałem się w myślową przepaść idąc po ulicy samemu nie wiedząc gdzie,  jak dżin z butelki pojawił się obok mnie facet z wypożyczalni. Podjechał na motorze. Krzycząc i wymachując rękoma twierdził, że nie oddałem mu kluczyków. Sprawdziłem w kieszeniach – nic nie ma. Poczułem się jeszcze gorze, przekonany, że nie tylko ze względu na swój strach ominie mnie przygoda, ale też przez nieuwagę zrobiłem komuś problem.  Coś jednak delikatnie we mnie drgnęło i powiedziałem Indusowi, żeby zawiózł mnie z powrotem do wypożyczalni, że razem poszukamy kluczyków bo być może gdzieś tam leżą. Wsiadłem na siedzenie pasażera, a po kilku minutach byliśmy na miejscu. Kluczyki oczywiście leżały na biurku, pod stosem papierów. – Jednak wezmę ten skuter, powiedziałem trzymając się nadziei, że być może cała ta sytuacja nie zdażyła się przypadkiem. Tak czy inaczej dziesięć minut później po zatankowaniu baku do pełna byłem już w drodze do Malany, trzymając się jedynie nadziei, że teraz to już konieczność – teraz muszę dać radę. Po pierwszych w miarę spokojnych kilometrach droga zaczynała coraz bardziej wirować i piąć się ku górze. Raz na jakiś czas mijały mnie grupy niemieckich motocyklistów oraz lokalne taksówki. W końcu asfalt, mimo, że dziurawy, ale jednak asfalt, zastąpiło błoto i kamienie, a każdy kolejny kilometr wyglądał coraz bardziej surrealistycznie. W dodatku dotarło do mnie, że Malana znajduje się na 2700 metrów, a ja mam na sobie…plażowe szorty i sandały. 

Mój mechanizm przetrwania, a być może błogosławieństwa indyjskich bogów, jednak działał i w po około półtorej godziny przeprawy skuterem przez mocno offroadową trasę dojechałem do głównej bramy prowadzącej do wioski Malana. Po jednej stronie stał niewielki bar,
który w tym momencie wyglądał, jak oaza dla człowieka zagubionego na pustyni. Drewniano-blaszana budka miała rozwieszony na ścianie koc z wizerunek patrona konopi indyjskich – Lorda Shivy. Udało mi się w końcu zamówić pierwszy posiłek tego dnia, tost z jajkiem i hot ginger lemon tea. Shiva musiał mi sprzyjać.


– Come and join us!

Spotkałem się ze spojrzeniem i uśmiechem dwudziestoparoletniego Indusa, który nabiał właśnie tytoniem i haszyszem wielką fajkę, tzw. chillum. – To jest malana super cream, 7 tysięcy rupii za tolę (jakieś 350 zł za 10 gramów), powiedział dumny. – Najlepsza jakość, jaką możesz tu dostać. – Przeznaczona niemal wyłącznie na eksport!

– Czy to już Malana? – spytałem z nadzieją w głosie, że nie będę musiał iść jeszcze dużo dalej.

– Prawie. Wioska jest tam, trzeba jeszcze zejść do rzeki a później wspiąć się w górę. Jakieś półtorej godziny w jedną stronę.

Zaczynał wiać wiatr, a na niebie gromadziły się deszczowe chmury. Na stoliku przede mną leżał poszukiwany przeze mnie charas i to jeszcze w wersji premium. Przede mną wybór: albo palę faję z chłopakami, zaopatruję się na miejscu i wracam tą piekielną trasą upalony, albo…

– Jeśli idziesz do wioski, skuter możesz zostawić tutaj za jedyne 100 rupii – wyrwał mnie z myśli manager tego lokalu.

Nagle Indus podał mi rozpalony chillum. Do tej pory próbowałem może czterech lub pięciu rodzajów charasu pochodzących z regionu, ale ta odmiana zdecydowanie była w innej lidze. Działanie, chociaż intensywne, nie było jednak dla mnie przytłaczające. Nie wiedziałem tego wtedy, ale Malana Cream dwukrotnie (w 1994 i 1996 roku) zdobyła tytuł najlepszej odmiany haszyszu podczas organizowanego przez magazyn High Times pucharu Cannabis. Zasłużenie.




Mój umysł rozświetlił i nagle wszystko stało się proste i jasne. Nie mogłem przecież opuścić ziemi obiecanej zaraz po przybyciu. W dodatku jechanie po upaleniu byłoby nieodpowiedzialne. Zdałem sobie nagle sprawę, że jakimś cudem w moim plecaku znajdowały się również rzeczy niezbędne do przetrwania nocy – chociażby okulary, bluza czy ciepła czapka. Rozglądałem się dokoła i widziałem porośnięte roślinnością góry o ośnieżonych szczytach. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do wioski rosły za to konopie. Tysiące konopi! To były najpiękniejsze rośliny, jakie kiedykolwiek widziałem. W większości niezbyt wysokie odmiany Cannabis Sativa, silne i tętniące energią, o fioletowym odcieniu kwiatów i tysiącach połyskujących w słońcu włosków pokrywających ich liście i kwiaty. To właśnie tam znajdują się największe ilości psychoaktywnego Tetrahydrocannabinolu (THC) i aromatycznych terpenów, z których później powstaje haszysz.



Z nazewnictwem konopi to ciekawa i wieloznaczna sprawa. Te odmiany konopi, które dzisiaj nazywamy Sativami pierwotnie nosiły nazwę Indica i desygnowały psychoaktywne odmiany rosnące na terenie Indii. Nazwę tę nadał tym roślinom w XVIII wieku francuski botanik Jean-Baptiste Lamarck. Konopie nazwane Cannabis Sativa przez niejakiego Carla Linneausa oznaczały pierwotnie rośliny występujące na kontynencie Euroazjatyckim używane głównie ze względu na właściwości swojego włókna. Dzisiaj w Polsce znamy je pod nazwą konopi siewnych. Jednak dawne podziały wyszły już z użycia, a ich pierwotne znaczenia uległy zmianie wraz z rozwojem nauki i krzyżowania poszczególnych rodzajów. Dziś przyjęło się, że kluczem do nazewnictwa jest działanie poszczególnych odmian, a nie ich geograficzne położenie. I tak odmiany Sativa (które kiedyś mogłyby być uznane za Indici😊) są stymulujące i pobudzające, podczas gdy działanie odmiany Indica jest przede wszystkim rozluźniające mięśnie i przeciwbólowe. W rzeczywistości prawda jest jeszcze bardziej złożona. Istnieją relaksujące Sativy oraz pobudzające Indici. Istnieje również cała masa hybrydowych odmian „gdzieś pomiędzy”, łączących najlepsze cechy obu odmian występujących w ramach gatunku Cannabis. O efektach konkretnej odmiany decyduje jednak nie jej taksonomia, ale zestaw unikalny zestaw kannabinoidów występujący w danej roślinie. Dwa najbardziej znane z nich to wspominane już psychoaktywne THC (Tetrahydrocannabinol) i niepsychoaktywne CBD (Cannabidiol), które wzajemnie równoważą swoje działanie. Poza THC i CBD wykryto ich do tej pory ponad 100 (według niektórych źródeł jest ich nawet 420). Kannabinoidy występują w różnych stężeniach i wzajemnie na siebie oddziałowywują prowadząc do efektu synergii działania. Haszysz produkuje się z tych odmian, które są bogate w THC, ponieważ to przede wszystkim Tetrahydrocannabinol jest odpowiedzialny za zmiany percepcji do których dochodzi po paleniu charasu. Powszechnie uważa się, że stężenia THC w haszyszu Malana Cream sięgają 30-40%. Dla porównania dostępna w Polsce medyczna marihuana ma stężenie THC na poziomie 19%.

Pogoda powoli zaczynała się psuć, więc czas było ruszać w drogę. Malana była co prawda odcięta od świata, ale podobno było tam kilka miejsc, w których można było zatrzymać się na noc. Stawiając krok za krokiem, przebijając się przez błoto, kamienie i okazjonalne kozie odchody trafiłem na trek, który po niecałych dwóch godzinach miał mnie doprowadzić do wioski.

Nieprzepuszczający zapachów i wodoodporny plecak od Reverly Supply pomógł mi w podróży

Na trasie niemal wszędzie rosły konopie, a ja nie byłem w stanie oderwać od nich oczu. Rośliny tętniły życiem, na co z pewnością miał ich wzrost w trudnych, zmiennych himalajskich warunkach. Dopiero kiedy przyjechałem w to miejsce zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ na finalny produkt ma typ gleby, nasłonecznienie, wilgotność powietrza i wysokość, na której rosną rośliny. To to, co w w odniesieniu do wina Francuzi określają jako terroir. To właśnie ten czynnik sprawia, że niektóre odmiany występujące w unikalnym klimacie są nie do podrobienia. Nawet przy zastosowaniu pochodzących z tych stron nasion to po prostu już nie będzie to samo. Słyszałem, że Malana Cream sprzedają coffee shopy w Amsterdamie, ale istnieje raczej niewielka szansa, że kupując haszysz występujący pod tą nazwą trafisz na autentyczny produkt.
 

Malana


Czułem się, jak w surrealistycznym śnie. Pochłonięty pięknem natury i wyjątkowością panującego tu mikroklimatu w końcu dotarłem do wioski. Domy dzieliły się na takie, które wyglądały na pół-gotowe i takie, które były w całkowitej rozsypce. W samej wiosce, tak jak na prowadzącej do niej drodze, niemal wszędzie rosły konopie: niskie, wysokie, wąskie i rozłożyste. Niektóre rośliny wyglądały jak małe drzewa pnąc się ku słońcu na ponad 3 metry.

Mimo tego, że potęga natury jest w tym miejscu wszechogarniająca, to niestety w wielu miejscach widać obecność człowieka. Nawet przy pobliskim wodospadzie piętrzyły się góry śmieci: torebek po chipsach, zużytych plastikowych butelek, papierków po batonikach i innych artefaktach kultury konsumpcjonizmu. Do tego widoku podczas wielomiesięcznej podróży po Indiach zdążyłem się już niestety przyzwyczaić. Nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dalej jak można znaleźć się w takim miejscu, zachwycać przyrodą, a później wyrzucić plastikową butelkę prosto w krzaki? Jednak tak, jak w wielu rozwijających się krajach brak solidnej edukacji w połączeniu z popularyzacją stylu życia opartego na konsumpcji doprowadził Indie do nienajlepszych rezultatów z punktu widzenia planety. W tym liczącym 1,3 miliarda ludzi miejscu przeważająca większość z nich ma bardzo złe nawyki, a wyrzucanie zużytych opakowań na drogę jest chyba najbardziej bolesnym z nich. No i kiedy ktoś wpadnie tu na pomysł, żeby postawić śmietniki? Jesteśmy gatunkiem, który stanowi dla nas samych największe zagrożenie. Góry śmieci znajdujące się przy wejściu do wioski mi o tym boleśnie przypominały.

 

Ze wszystkich budynków znajdujących się w wiosce w najlepszym stanie była drewniana świątynia. W Indiach koneserom konopi patronuje Lord Shiva. Shavaici traktują palenie konopi jako katalizator doświadczenia jednoczącego ich z boską energią Shivy. To jednak nie była świątynia Shivy. Społeczność Malany, jako jedyna grupa w całych Indiach, cześć oddaje bóstwu Jambu Devta. Co ciekawe, wiara mieszkańców Malany nie ma wyłącznie religijnego, rytualnego czy kulturowego znaczenia. Mieszkańcy są przekonani, że to właśnie Jambu Devta sprawuje faktyczną, administracyjną funkcję nad tym miejscem. Robi to osobiście kierując działaniami jedenastu delegatów rady miejskiej. Decyzje Jambu Devta nie podlegają dyskusji i są ostateczne. Jeszcze dwa lata temu Jambu Devta postanowił na przykład, że wszystkie dwanaście przybytków oferujących pokoje na wynajem w Malanie ma zostać zamkniętych, aby uchronić wioskę przed zewnętrznymi wpływami. „Bóstwo nie chciało aby ktokolwiek z mieszkańców wynajmował i pracował dla turystów, zabronił im tego.” – poinformował wówczas media reprezentant rady Bhagi Ram. Przypominając sobie o śmieciach przy wodospadzie trudno się dziwić decyzji bóstwa. Na szczęście dla mnie Jambu Devta w końcu nieco zliberalizował swoje podejście i dzisiaj w Malanie znowu można spędzić noc.

Można mieć wrażenie, że rządy Jambu Devty to dość autorytarny system. I tu kryje się niespodzianka. Struktura i prawo Malany, z naczelną rolą kierującego wszystkim bóstwa, powstał i funkcjonuje w oparciu o zasady demokratyczne i dwuizbowy parlament. Mieszkańcy są tak dumni z wyjątkowości panujących w Malanie zasad, że uznają się za najstarszą demokrację świata i potomków żołnierzy Aleksandra Wielkiego. Malanańczycy są również przekonani o czystości swojego aryjskiego pochodzenia i z tego względu nie wolno im wchodzić w kontakt fizyczny z turystami ani przedstawicielami innych wiosek. Kiedy kupuje się tu wodę w sklepie, pieniądze nalezy położyć na ziemi. Wszystko to sprawia, że pobyt w tym miejscu staje się jeszcze bardziej surrealistyczny i bardziej niż rzeczywistość przypomina szalony sen na jawie. I tak myśląc o wszystkim co mnie do tej pory spotykało podczas wielomiesięcznej podróży w Indiach, o wszystkich trudnościach, wzlotach i upadkach, wyzwaniach, górskich drogach, bogach i bóstwach, czekałem pod świątynią Jambu Devty, na człowieka który miał mnie poprowadzić do znajdującego się nieopodal Malana View Guesthouse. Marzyłem o Hot Ginger Lemon Tea, czymś do jedzenia i oryginalnym charrasie, który z sprawił, że tu i teraz nabierało jeszcze większego znaczenia, a szczególne wibracje tego miejsca jeszcze bardziej wzrastały w intensywności.

Ok. 3 nad ranem stało się jasne, że po raz kolejny zatrułem się indyjskim jedzeniem serwowanym w mojej noclegowni, czego rezultatem był brak snu i regularne wizyty w toalecie. Poranek następnego dnia również nie należał do najłatwiejszych. W całej wiosce padł prąd więc nie można było się nigdzie ogrzać, a temperatura spadła w okolice zera. Z innymi gośćmi siedzieliśmy przytuleni i owinięci w koce na tarasie patrząc na ośnieżone sześciotysięczniki w oddali. To był moment ciężki dla ciała, ale mimo całego wyczerpania w środku działo się coś wspaniałego i oczyszczającego. Pogoda nie wyglądała, jakby miała się szybko poprawić, dlatego spakowałem swoje zakupy i dobytek i po obowiązkowej sesji foto ruszyłem w powrotną drogę. Kiedy kilka godzin później znalazłem się w miejscu, w którym poprzedniego dnia zostawiłem skuter, zorientowałem się, że ktoś wziął sobie mój kask. Mój układ pokarmowy dalej się buntował, a do zestawu trudności doszły problemy z nieprzespaną nocą. Jednak mimo wszystko tym razem byłem zadziwiająco spokojny. Powoli dochodziło do mnie to co w kolejnych dnia stawało się coraz bardziej jasne: to nie przyjemności czy trudności w trakcie tej czy innej podróży definiują nasze doświadczenie, ale nasz stosunek do nich. To, czy jesteśmy je w stanie potraktować jako przemijające doświadczenia i przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest, z uśmiechem na twarzy. Czy może dalej będziemy buntować się przeciwko temu czy innemu doświadczeniu mówiąc sobie, że “to przecież powinno inaczej wyglądać”?. Odpaliłem skuter i ruszyłem w powrotną drogę. Wiedziałem już, że cokolwiek by się nie działo dam radę i wszystko będzie OK. A trwające tygodniami rozwolnienie? No cóż, za luksus spróbowania najlepszego haszyszu świata w towarzystwie Jambu Devta trzeba było najwyraźniej zapłacić jakąś cenę.

***

Jeśli uważasz, że to co robię ma sens i chcesz osobiście przyłożyć się do powstawania kolejnych treści na blogu, będzie mi miło jeśli rozważysz objęcie mojej działalności osobistym patronatem. Dla patronów przygotowuję specjalnie, niepublikowane nigdzie indziej treści, dostęp do prywatnej grupy na jednym z komunikatorów, a także regularne konkursy z bajeranckimi gadżetami do wygrania (takimi, jak np. bezzapachowe pudełka na konopne akcesoria, susz CBD i inne). Wejdź na Patronite Poznaj Psychodelki i sprawdź co Cię tam czeka!