Categories
Uncategorized

Polowanie Na Najlepszy Haszysz W Indiach


Jeśli człowiek zechce pozbyć się ucisku nie do zniesienia, być może będzie musiał zjeść haszysz – Friedrich Nietzsche

– Z jakiego jesteś kraju? Gdzie teraz jedziesz? Policjant świecił latarką w paszport chłopaka, który siedział obok mnie w autobusie zmierzającym nocą z Himalajów do Delhi. – Jestem z Izraela. Jadę do Delhi spotkać się z moimi Guruji. – Z Guruji, tak? Na twarzy policjanta pojawił się grymas zwątpienia przypominający uśmiech (Guruji oznacza duchowego nauczyciela).


Kiedy próby znalezienia haszyszu w podręcznym bagażu, jak i w paczce prezerwatyw Izraelczyka (policjant sprawdzał ją wyjątkowo uważnie) nie przyniosły skutku, oficer indyjskiej Policji postanowił przeszukać główny bagaż podejrzanego, znajdujący się w luku. Wyprowadzono chłopaka na zewnątrz, a ja myślałem o jednym. Czy jestem następny? W całym autobusie tylko my dwaj jesteśmy biali. Dla wszystkich było jasne, że biali turyści to najlepsze źródło łapówek. 


Wsadziłem rękę do kieszeni znajdując niedopalonego skręta. Schowałem go specjalnym bezzapachowym opakowaniu “udającym” długopis. Położyłem na ziemi i przydeptałem nogą. W portfelu została mi moja zdobycz – tola (10g.) Malana Cream, uznawanego konsekwentnie za najlepszy charas w całych Indiach.

Minęło piętnaście, może dwadzieścia minut. Nadal nikt nie wracał.

Zacząłem odpływać w myślach. Oczami wyobraźni widziałem twardą twarz policjanta. Jego idealnie przystrzyżone wąsy i spojrzenie nieufnego wilka. Spojrzeniu analizującye czy już teraz jest już moment na propozycję łapówki?

W całym regionie roi się od posterunków, dla których to istotne źródło przychodu.

To oczywiście nie wina policjantów, że charas i inne produkty z konopi są w Indiach (z niewielkimi wyjątkami) nielegalne. Czasami jednak zastanawia mnie dlaczego Policjanci nie są największymi przeciwnikami prohibicji? Muszą z pewnością widzieć na własne oczy, że ten system nie rozwiązuje problemu narkotyków. Niestety z punktu widzenia Policji, mocno skorumpowanej instytucji, prohibicja jest opłacalna. Dla 100% pechowych turystów wybór pomiędzy groźbą więzienia, a kilkoma tysiącami rupii będzie oczywisty. Nie twierdzę, że nie ma uczciwych Policjantów, którzy nie nadużywają swojej pozycji, ale przynajmniej w tej sprawie to zdecydowana mniejszość.

Zastanawiałem się, ile pieniędzy mam w portfelu.

Z myśli wybiło mnie światło latarki.

Policjant, który nagle pojawił się w autobusie, jak na ironię losu zaczął szperać i świecić latarką po ziemi, dokładnie tam, gdzie leżał mój fioletowy długopis z ukrytym jointem. A myślałem, że jestem taki sprytny, jak go tam ukrywałem….Po plecach przebiegły mi ciarki. Jednak policjant przeszedł dalej, a mój “długopis” pozostał niezauważony. Odetchnąłem z ulgą. Ganesha, patron udanych podróży, najwyraźniej dalej mi sprzyjał.

takie i inne bezzapachowe pudełka na stronie tightpac.eu

Po chwili w autokarze z uśmiechem od ucha do ucha pojawił się Izraelczyk i ruszyliśmy w dalszą drogę. “I know where to hide my shit” powiedział. Where okazało się być w majtkach. Tam policjant też podobno szukał, ale najwyraźniej niewystarczająco dokładnie.

Parvati Valley to region północnych Indii, który wśród koneserów produktów konopnych znany jest przede wszystkim z wysokiej jakości haszyszu. Na przełomie września i października, wraz z końcem corocznych opadów deszczu, rozpoczyna się tu sezon na charas business na sporą skalę. Charas wytwarza się w niewielkich, odciętych od świata wioskach położonych na górskich zboczach doliny Parvati. Żeby tam dotrzeć trzeba pojeździć sobie po górskich zawijasach wypchanymi ludźmi autobusami, a później przedrzeć się przez zbocza, błoto, kamienie, śmieci, rzeki i inne drobne przeszkody, co sprawia że podróż momentami potrafi być ekscytująca. Przyjeżdżają tu handlarze, którzy kupują i okazjonalnie próbują przemycać kilogramy haszyszu, ale przede wszystkim przyjeżdżają zwykli turyści, których w północnych Indiach od lat 60-tych do dziś jest nieustannie wielu. Trekkerzy, backpackerzy, dredziarze, artyści, dziwacy i normalsi włóczą się tu tygodniami od wioski do wioski. Głównie z Izraela, ale też z Indii, Rosji i Europy. 

Kiedy sam wybrałem się do Parvati nie byłem w najlepszym stanie : właśnie zaczynały się skutki zatrucia pokarmowego, które miało się za mną ciągnąć przez najbliższe tygodnie. Zaczynałem mieć też powoli dość Indii. W ciągu podróży, kiedy tylko kupowałem charas okazywało się, że to nie do końca to, czego szukam albo znowu zostałem oszukany. Nie była to również legendarna jakość, o której słyszałem od pierwszego pobytu w tym kraju miesiące wcześniej. Do mojego lotu powrotnego do Polski został niecały tydzień, a do tej pory większość doświadczeń z indyjskim haszyszem była raczej rozczarowująca. Jednak udało mi się odnaleźć w sobie resztkę heroizmu i postanowiłem, że żołądkowe dolegliwości nie zatrzymają mnie przed znalezieniem rzekomo najlepszego haszyszu w całych Indiach, a według niektórych, nawet na całym świecie. Moim celem była legendarna wioska Malana i pochodzący z niej równie legendarny Malana Cream. Moja ostatnia szansa.

Czym jest haszysz? 

Haszysz, hasz, lub właśnie charas to różne określenia pewnej rodziny produktów konopnych. Żeby zrozumieć czym ta rodzina się wyróżnia musimy zacząć od zrozumienia podstawowych faktów dotyczących budowy rośliny Cannabis Sativa/Cannabis Indica. Konopie składają się z korzenia, łodygi, liści i kwiatów, tak jak większość innych kwitnących roślin. Konopia (i jej nasiona) jest wartościowych aminokwasów i ma cały szereg innych pozytywnych właściwości, na przykład niezwykle trwałe włókno. W pewnym momencie życia żeńskich osobników zaczyna dochodzić do pewnych zmian. Kiedy dziewczynki zaczynają kwitnąć na pomniejszych liściach i kwiatach pojawiają się tzw. włoski wydzielnicze (ang: trichomes). To substancje znajdujące się w tych włoskach są sekretem haszyszu. Same włoski pełnią funkcję gruczołów odpowiedzialnych za wydzielanie kannabinoidów – aktywnych związków chemicznych odpowiedzialnych za psychologiczne i medyczne efekty działania konopi. Najbardziej znanym kannabinoidem jest Tetrahydrocannabinol, w skrócie THC. Produkcja haszyszu polega na oddzieleniu materiału pochodzącego z włosków wydzielniczych od reszty rośliny, a następnie wytworzenie uzyskanego materiału ciemnej, lepiej plasteliny – haszyszu. Określenie cream dotyczy konsystencji gotowego produktu, który w zależności od techniki ekstrakcji żywicy i innych czynników może mieć delikatną, kremową konsystencję. Do produkcji haszyszu można używać wielu metod, ale charakterystyką tego pochodzącego z Malany było to, że wycierało się go z rośliny wyłącznie rękami, bez użycia żadnych rozpuszczalników, ani zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Taki haszysz określa się właśnie jako charas. Ze względu na prostotę tej metody, charas zyskał w Indiach, Pakistanie i okolicznych regionach wielką popularność. W górskim, wilgotnym klimacie jest to produkt stosunkowo łatwy do uzyskania, nie wymaga długotrwałego suszenia czy curingu, tak jak ma to miejsce w przypadku suszu kwiatów konopi.

Na przestrzeni wieków haszysz cieszył się popularnością nie tylko w dalekich krajach świata takich jak Indie, Pakistan czy Maroko. W XIX wieku, europejscy lekarze importowali go z Afryki i używali go jako bazy do produkcji lekarstw, prowadzili badania nad jego działaniem, a także eksperymentowali z pierwszymi metodami ekstrakcji. Haszysz był też popularną używką filozofów. W połowie XIX wieku został uformowany w Paryżu słynny Club des Hashischins, sekretne miejsce spotkań i debat filozoficznych upalonych pisarzy takich jak Hugo, Dumas czy Balzac. Z haszyszu korzystał też okazjonalnie Friedrich Nietzsche i wielu innych intelektualistów, muzyków, pisarzy i artystów. W drugiej połowie XX wieku w wyniku wprowadzenia międzynarodowej prohibicji produkty na bazie haszyszu zaczęły znikać z aptek, a haszysz zaczął tracić na swojej popularności.

Włoski wydzielnicze pokrywające powierzchnię konopi

Podróż do źródła

Moje poszukiwanie legendarnego indyjskiego charasu zaczęły się w Delhi. Autokar miał stać „przy szosie X, w pobliżu stacji benzynowej, niedaleko świątyni”. Indyjski styl udzielania drogowych wskazówek nie był szczególnie precyzyjny. Po etapie poszukiwań udało się zwieńczyć etap poszukiwania mojego środka transportu sukcesem. Następnie, po krótkiej walce o najlepsze miejsca w stylu deathmatch każdy na każdego, wszyscy w końcu usiedli, a autokarowy steward rozdał nam woreczki do wymiotowania. Założyłem opaskę na oczy, włożyłem słuchawki do uszu, odpaliłem Netflixa i w końcu, kilkanaście godzin później, przeziębiony, obudziłem się w chłodnej i zamglonej dolinie Parvati. Z bliżej nieznanych mi przyczyn autobus postanowił jednak zmienić trasę i zamiast do Kasol – niewielkiego miasteczka, z którego w prosty sposób miałem dostać się do Malany, pojechał do oddalonego o 70 kilometrów Manali (tak, Malana i Manali to dwa różne miejsca). “Typowe Indie” – pomyślałem. Postanowiłem, że popłynę z prądem, zostanę na chwilę w tej okolicy i dojdę do siebie w okolicznej wiosce Vashisht. Mój żołądek przestał tolerować górskie jedzenie, uszy miałem zatkane przez infekcję wirusową, a ogólny stan organizmu określiłbym jako „wymagający poprawy”.


Po kilku dniach w Vashisht powoli zaczynałem czuć się lepiej i pogoda również się poprawiła. Postanowiłem, że czas najwyższy skonfrontować się z przeznaczeniem i ruszyć do Malany. Pierwszy odcinek to podróż lokalnymi autobusami z Manali do Kasol, który miał trwać 3-4 godziny, a trwał jakieś 6-7. Jednak ostatania rzecz, na którą miałem ochotę to dać zarobić lokalnej taksówkowej mafii, więc za jakieś 100 rupi i po dwóch przesiadkach lokalny autobus w końcu dowiózł mnie do Kasol.  Inna nazwa tej miejscowości to “mały Izrael”. To miała być moja baza wypadowa do Malany.

 

Większość osób, które spotykałem na trasie sugerowała, żeby będąc w Kasol pojechać do Malany rano, zrobić zaopatrzenie i wrócić po południu. Taki był mój plan. Pomyślałem, że ułatwię sobie życie i ponieważ dalej czułem się chory, to zamiast w pieszy trek, pojadę do Malany skuterem. Kiedy szukałem miejsca, w którym mógłbym wypożyczyć scootie liczyłem na krótką i przyjemną przejażdżkę. Wioska Malana była oddalona stąd zalewdwie o dwadziesieścia kilometrów. Gdy jednak powiedziałem w wypożyczalni, że planuję jechać do Malany na twarzy przyjmującego ode mnie pieniądze Indusa pojawił się niepokojący uśmieszek. Pokiwał głową i powiedział „very nice roads”. Na myśl o kolejnej podróży zakręconymi, górskimi drogami po ciele przebiegły mi ciarki. Za sobą miałem miałem już kilka dość traumatycznych podróży lokalnymi autobusami, ostatnio przewróciłem się na skuterze, a droga prowadząca do Malany miała być jeszcze bardziej wymagająca, niż te wcześniejsze. Wioska znajdywała się dość wysoko w górach, było niezbyt ciepło a w ostatnich dniach prawie codziennie padało. Brać skuter? Iść pieszo? W moich myślach zaczął pojawiać się zamęt. Z jednej strony miałem ochotę pojechać skuterem i coś sobie udowodnić, z drugiej strony nie były to warunki dla początkujących. W końcu podjąłem racjonalną decyzję. Powiedziałem, że rezygnuję, nie biorę skutera i proszę o zwrot pieniędzy. Proces obrażania się na świat się rozpoczął. W żalu i złości na samego siebie oddaliłem się od wypożyczalni pogrążając w coraz czarniejszych myślach. Myślałem tylko o tym, że znowu los rzuca mi kłody pod nogi. Że znowu jest coś nie tak. Że znowu nie przemyślałem wszystkiego odpowiednio głęboko. W dodatku po drodze spotkałem człowieka, który przyszedł do wypożyczalni zaraz po mnie. Zauważył, że wracam pieszo i ze zdziwioną miną zapytał dlaczego nie wziąłem skutera. Powiedział mi, że gdyby wiedział, że nie musiałby wypożyczać większego i droższego motocykla. Powiedziałem mu, że jeśli chce to może wrócić i go sobie wziąć, jeszcze bardziej zły na siebie i na to, że mój negatywizm teraz ściąga w dół także innych. Każdy kolejny fragment tej podróży był trudniejszy, niż zakładałem, a ja przestawałem już mieć na to wszystko siłę.

Kiedy ze sporym przyspieszeniem staczałem się w myślową przepaść idąc po ulicy samemu nie wiedząc gdzie,  jak dżin z butelki pojawił się obok mnie facet z wypożyczalni. Podjechał na motorze. Krzycząc i wymachując rękoma twierdził, że nie oddałem mu kluczyków. Sprawdziłem w kieszeniach – nic nie ma. Poczułem się jeszcze gorze, przekonany, że nie tylko ze względu na swój strach ominie mnie przygoda, ale też przez nieuwagę zrobiłem komuś problem.  Coś jednak delikatnie we mnie drgnęło i powiedziałem Indusowi, żeby zawiózł mnie z powrotem do wypożyczalni, że razem poszukamy kluczyków bo być może gdzieś tam leżą. Wsiadłem na siedzenie pasażera, a po kilku minutach byliśmy na miejscu. Kluczyki oczywiście leżały na biurku, pod stosem papierów. – Jednak wezmę ten skuter, powiedziałem trzymając się nadziei, że być może cała ta sytuacja nie zdażyła się przypadkiem. Tak czy inaczej dziesięć minut później po zatankowaniu baku do pełna byłem już w drodze do Malany, trzymając się jedynie nadziei, że teraz to już konieczność – teraz muszę dać radę. Po pierwszych w miarę spokojnych kilometrach droga zaczynała coraz bardziej wirować i piąć się ku górze. Raz na jakiś czas mijały mnie grupy niemieckich motocyklistów oraz lokalne taksówki. W końcu asfalt, mimo, że dziurawy, ale jednak asfalt, zastąpiło błoto i kamienie, a każdy kolejny kilometr wyglądał coraz bardziej surrealistycznie. W dodatku dotarło do mnie, że Malana znajduje się na 2700 metrów, a ja mam na sobie…plażowe szorty i sandały. 

Mój mechanizm przetrwania, a być może błogosławieństwa indyjskich bogów, jednak działał i w po około półtorej godziny przeprawy skuterem przez mocno offroadową trasę dojechałem do głównej bramy prowadzącej do wioski Malana. Po jednej stronie stał niewielki bar,
który w tym momencie wyglądał, jak oaza dla człowieka zagubionego na pustyni. Drewniano-blaszana budka miała rozwieszony na ścianie koc z wizerunek patrona konopi indyjskich – Lorda Shivy. Udało mi się w końcu zamówić pierwszy posiłek tego dnia, tost z jajkiem i hot ginger lemon tea. Shiva musiał mi sprzyjać.


– Come and join us!

Spotkałem się ze spojrzeniem i uśmiechem dwudziestoparoletniego Indusa, który nabiał właśnie tytoniem i haszyszem wielką fajkę, tzw. chillum. – To jest malana super cream, 7 tysięcy rupii za tolę (jakieś 350 zł za 10 gramów), powiedział dumny. – Najlepsza jakość, jaką możesz tu dostać. – Przeznaczona niemal wyłącznie na eksport!

– Czy to już Malana? – spytałem z nadzieją w głosie, że nie będę musiał iść jeszcze dużo dalej.

– Prawie. Wioska jest tam, trzeba jeszcze zejść do rzeki a później wspiąć się w górę. Jakieś półtorej godziny w jedną stronę.

Zaczynał wiać wiatr, a na niebie gromadziły się deszczowe chmury. Na stoliku przede mną leżał poszukiwany przeze mnie charas i to jeszcze w wersji premium. Przede mną wybór: albo palę faję z chłopakami, zaopatruję się na miejscu i wracam tą piekielną trasą upalony, albo…

– Jeśli idziesz do wioski, skuter możesz zostawić tutaj za jedyne 100 rupii – wyrwał mnie z myśli manager tego lokalu.

Nagle Indus podał mi rozpalony chillum. Do tej pory próbowałem może czterech lub pięciu rodzajów charasu pochodzących z regionu, ale ta odmiana zdecydowanie była w innej lidze. Działanie, chociaż intensywne, nie było jednak dla mnie przytłaczające. Nie wiedziałem tego wtedy, ale Malana Cream dwukrotnie (w 1994 i 1996 roku) zdobyła tytuł najlepszej odmiany haszyszu podczas organizowanego przez magazyn High Times pucharu Cannabis. Zasłużenie.




Mój umysł rozświetlił i nagle wszystko stało się proste i jasne. Nie mogłem przecież opuścić ziemi obiecanej zaraz po przybyciu. W dodatku jechanie po upaleniu byłoby nieodpowiedzialne. Zdałem sobie nagle sprawę, że jakimś cudem w moim plecaku znajdowały się również rzeczy niezbędne do przetrwania nocy – chociażby okulary, bluza czy ciepła czapka. Rozglądałem się dokoła i widziałem porośnięte roślinnością góry o ośnieżonych szczytach. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do wioski rosły za to konopie. Tysiące konopi! To były najpiękniejsze rośliny, jakie kiedykolwiek widziałem. W większości niezbyt wysokie odmiany Cannabis Sativa, silne i tętniące energią, o fioletowym odcieniu kwiatów i tysiącach połyskujących w słońcu włosków pokrywających ich liście i kwiaty. To właśnie tam znajdują się największe ilości psychoaktywnego Tetrahydrocannabinolu (THC) i aromatycznych terpenów, z których później powstaje haszysz.



Z nazewnictwem konopi to ciekawa i wieloznaczna sprawa. Te odmiany konopi, które dzisiaj nazywamy Sativami pierwotnie nosiły nazwę Indica i desygnowały psychoaktywne odmiany rosnące na terenie Indii. Nazwę tę nadał tym roślinom w XVIII wieku francuski botanik Jean-Baptiste Lamarck. Konopie nazwane Cannabis Sativa przez niejakiego Carla Linneausa oznaczały pierwotnie rośliny występujące na kontynencie Euroazjatyckim używane głównie ze względu na właściwości swojego włókna. Dzisiaj w Polsce znamy je pod nazwą konopi siewnych. Jednak dawne podziały wyszły już z użycia, a ich pierwotne znaczenia uległy zmianie wraz z rozwojem nauki i krzyżowania poszczególnych rodzajów. Dziś przyjęło się, że kluczem do nazewnictwa jest działanie poszczególnych odmian, a nie ich geograficzne położenie. I tak odmiany Sativa (które kiedyś mogłyby być uznane za Indici😊) są stymulujące i pobudzające, podczas gdy działanie odmiany Indica jest przede wszystkim rozluźniające mięśnie i przeciwbólowe. W rzeczywistości prawda jest jeszcze bardziej złożona. Istnieją relaksujące Sativy oraz pobudzające Indici. Istnieje również cała masa hybrydowych odmian „gdzieś pomiędzy”, łączących najlepsze cechy obu odmian występujących w ramach gatunku Cannabis. O efektach konkretnej odmiany decyduje jednak nie jej taksonomia, ale zestaw unikalny zestaw kannabinoidów występujący w danej roślinie. Dwa najbardziej znane z nich to wspominane już psychoaktywne THC (Tetrahydrocannabinol) i niepsychoaktywne CBD (Cannabidiol), które wzajemnie równoważą swoje działanie. Poza THC i CBD wykryto ich do tej pory ponad 100 (według niektórych źródeł jest ich nawet 420). Kannabinoidy występują w różnych stężeniach i wzajemnie na siebie oddziałowywują prowadząc do efektu synergii działania. Haszysz produkuje się z tych odmian, które są bogate w THC, ponieważ to przede wszystkim Tetrahydrocannabinol jest odpowiedzialny za zmiany percepcji do których dochodzi po paleniu charasu. Powszechnie uważa się, że stężenia THC w haszyszu Malana Cream sięgają 30-40%. Dla porównania dostępna w Polsce medyczna marihuana ma stężenie THC na poziomie 19%.

Pogoda powoli zaczynała się psuć, więc czas było ruszać w drogę. Malana była co prawda odcięta od świata, ale podobno było tam kilka miejsc, w których można było zatrzymać się na noc. Stawiając krok za krokiem, przebijając się przez błoto, kamienie i okazjonalne kozie odchody trafiłem na trek, który po niecałych dwóch godzinach miał mnie doprowadzić do wioski.

Nieprzepuszczający zapachów i wodoodporny plecak od Reverly Supply pomógł mi w podróży

Na trasie niemal wszędzie rosły konopie, a ja nie byłem w stanie oderwać od nich oczu. Rośliny tętniły życiem, na co z pewnością miał ich wzrost w trudnych, zmiennych himalajskich warunkach. Dopiero kiedy przyjechałem w to miejsce zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ na finalny produkt ma typ gleby, nasłonecznienie, wilgotność powietrza i wysokość, na której rosną rośliny. To to, co w w odniesieniu do wina Francuzi określają jako terroir. To właśnie ten czynnik sprawia, że niektóre odmiany występujące w unikalnym klimacie są nie do podrobienia. Nawet przy zastosowaniu pochodzących z tych stron nasion to po prostu już nie będzie to samo. Słyszałem, że Malana Cream sprzedają coffee shopy w Amsterdamie, ale istnieje raczej niewielka szansa, że kupując haszysz występujący pod tą nazwą trafisz na autentyczny produkt.
 

Malana


Czułem się, jak w surrealistycznym śnie. Pochłonięty pięknem natury i wyjątkowością panującego tu mikroklimatu w końcu dotarłem do wioski. Domy dzieliły się na takie, które wyglądały na pół-gotowe i takie, które były w całkowitej rozsypce. W samej wiosce, tak jak na prowadzącej do niej drodze, niemal wszędzie rosły konopie: niskie, wysokie, wąskie i rozłożyste. Niektóre rośliny wyglądały jak małe drzewa pnąc się ku słońcu na ponad 3 metry.

Mimo tego, że potęga natury jest w tym miejscu wszechogarniająca, to niestety w wielu miejscach widać obecność człowieka. Nawet przy pobliskim wodospadzie piętrzyły się góry śmieci: torebek po chipsach, zużytych plastikowych butelek, papierków po batonikach i innych artefaktach kultury konsumpcjonizmu. Do tego widoku podczas wielomiesięcznej podróży po Indiach zdążyłem się już niestety przyzwyczaić. Nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dalej jak można znaleźć się w takim miejscu, zachwycać przyrodą, a później wyrzucić plastikową butelkę prosto w krzaki? Jednak tak, jak w wielu rozwijających się krajach brak solidnej edukacji w połączeniu z popularyzacją stylu życia opartego na konsumpcji doprowadził Indie do nienajlepszych rezultatów z punktu widzenia planety. W tym liczącym 1,3 miliarda ludzi miejscu przeważająca większość z nich ma bardzo złe nawyki, a wyrzucanie zużytych opakowań na drogę jest chyba najbardziej bolesnym z nich. No i kiedy ktoś wpadnie tu na pomysł, żeby postawić śmietniki? Jesteśmy gatunkiem, który stanowi dla nas samych największe zagrożenie. Góry śmieci znajdujące się przy wejściu do wioski mi o tym boleśnie przypominały.

 

Ze wszystkich budynków znajdujących się w wiosce w najlepszym stanie była drewniana świątynia. W Indiach koneserom konopi patronuje Lord Shiva. Shavaici traktują palenie konopi jako katalizator doświadczenia jednoczącego ich z boską energią Shivy. To jednak nie była świątynia Shivy. Społeczność Malany, jako jedyna grupa w całych Indiach, cześć oddaje bóstwu Jambu Devta. Co ciekawe, wiara mieszkańców Malany nie ma wyłącznie religijnego, rytualnego czy kulturowego znaczenia. Mieszkańcy są przekonani, że to właśnie Jambu Devta sprawuje faktyczną, administracyjną funkcję nad tym miejscem. Robi to osobiście kierując działaniami jedenastu delegatów rady miejskiej. Decyzje Jambu Devta nie podlegają dyskusji i są ostateczne. Jeszcze dwa lata temu Jambu Devta postanowił na przykład, że wszystkie dwanaście przybytków oferujących pokoje na wynajem w Malanie ma zostać zamkniętych, aby uchronić wioskę przed zewnętrznymi wpływami. „Bóstwo nie chciało aby ktokolwiek z mieszkańców wynajmował i pracował dla turystów, zabronił im tego.” – poinformował wówczas media reprezentant rady Bhagi Ram. Przypominając sobie o śmieciach przy wodospadzie trudno się dziwić decyzji bóstwa. Na szczęście dla mnie Jambu Devta w końcu nieco zliberalizował swoje podejście i dzisiaj w Malanie znowu można spędzić noc.

Można mieć wrażenie, że rządy Jambu Devty to dość autorytarny system. I tu kryje się niespodzianka. Struktura i prawo Malany, z naczelną rolą kierującego wszystkim bóstwa, powstał i funkcjonuje w oparciu o zasady demokratyczne i dwuizbowy parlament. Mieszkańcy są tak dumni z wyjątkowości panujących w Malanie zasad, że uznają się za najstarszą demokrację świata i potomków żołnierzy Aleksandra Wielkiego. Malanańczycy są również przekonani o czystości swojego aryjskiego pochodzenia i z tego względu nie wolno im wchodzić w kontakt fizyczny z turystami ani przedstawicielami innych wiosek. Kiedy kupuje się tu wodę w sklepie, pieniądze nalezy położyć na ziemi. Wszystko to sprawia, że pobyt w tym miejscu staje się jeszcze bardziej surrealistyczny i bardziej niż rzeczywistość przypomina szalony sen na jawie. I tak myśląc o wszystkim co mnie do tej pory spotykało podczas wielomiesięcznej podróży w Indiach, o wszystkich trudnościach, wzlotach i upadkach, wyzwaniach, górskich drogach, bogach i bóstwach, czekałem pod świątynią Jambu Devty, na człowieka który miał mnie poprowadzić do znajdującego się nieopodal Malana View Guesthouse. Marzyłem o Hot Ginger Lemon Tea, czymś do jedzenia i oryginalnym charrasie, który z sprawił, że tu i teraz nabierało jeszcze większego znaczenia, a szczególne wibracje tego miejsca jeszcze bardziej wzrastały w intensywności.

Ok. 3 nad ranem stało się jasne, że po raz kolejny zatrułem się indyjskim jedzeniem serwowanym w mojej noclegowni, czego rezultatem był brak snu i regularne wizyty w toalecie. Poranek następnego dnia również nie należał do najłatwiejszych. W całej wiosce padł prąd więc nie można było się nigdzie ogrzać, a temperatura spadła w okolice zera. Z innymi gośćmi siedzieliśmy przytuleni i owinięci w koce na tarasie patrząc na ośnieżone sześciotysięczniki w oddali. To był moment ciężki dla ciała, ale mimo całego wyczerpania w środku działo się coś wspaniałego i oczyszczającego. Pogoda nie wyglądała, jakby miała się szybko poprawić, dlatego spakowałem swoje zakupy i dobytek i po obowiązkowej sesji foto ruszyłem w powrotną drogę. Kiedy kilka godzin później znalazłem się w miejscu, w którym poprzedniego dnia zostawiłem skuter, zorientowałem się, że ktoś wziął sobie mój kask. Mój układ pokarmowy dalej się buntował, a do zestawu trudności doszły problemy z nieprzespaną nocą. Jednak mimo wszystko tym razem byłem zadziwiająco spokojny. Powoli dochodziło do mnie to co w kolejnych dnia stawało się coraz bardziej jasne: to nie przyjemności czy trudności w trakcie tej czy innej podróży definiują nasze doświadczenie, ale nasz stosunek do nich. To, czy jesteśmy je w stanie potraktować jako przemijające doświadczenia i przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest, z uśmiechem na twarzy. Czy może dalej będziemy buntować się przeciwko temu czy innemu doświadczeniu mówiąc sobie, że “to przecież powinno inaczej wyglądać”?. Odpaliłem skuter i ruszyłem w powrotną drogę. Wiedziałem już, że cokolwiek by się nie działo dam radę i wszystko będzie OK. A trwające tygodniami rozwolnienie? No cóż, za luksus spróbowania najlepszego haszyszu świata w towarzystwie Jambu Devta trzeba było najwyraźniej zapłacić jakąś cenę.

***

Jeśli uważasz, że to co robię ma sens i chcesz osobiście przyłożyć się do powstawania kolejnych treści na blogu, będzie mi miło jeśli rozważysz objęcie mojej działalności osobistym patronatem. Dla patronów przygotowuję specjalnie, niepublikowane nigdzie indziej treści, dostęp do prywatnej grupy na jednym z komunikatorów, a także regularne konkursy z bajeranckimi gadżetami do wygrania (takimi, jak np. bezzapachowe pudełka na konopne akcesoria, susz CBD i inne). Wejdź na Patronite Poznaj Psychodelki i sprawdź co Cię tam czeka!

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *