Categories
Uncategorized

Polowanie Na Najlepszy Haszysz W Indiach


Jeśli człowiek zechce pozbyć się ucisku nie do zniesienia, być może będzie musiał zjeść haszysz – Friedrich Nietzsche

– Z jakiego jesteś kraju? Gdzie teraz jedziesz? Policjant świecił latarką w paszport chłopaka, który siedział obok mnie w autobusie zmierzającym nocą z Himalajów do Delhi. – Jestem z Izraela. Jadę do Delhi spotkać się z moimi Guruji. – Z Guruji, tak? Na twarzy policjanta pojawił się grymas zwątpienia przypominający uśmiech (Guruji oznacza duchowego nauczyciela).


Kiedy próby znalezienia haszyszu w podręcznym bagażu, jak i w paczce prezerwatyw Izraelczyka (policjant sprawdzał ją wyjątkowo uważnie) nie przyniosły skutku, oficer indyjskiej Policji postanowił przeszukać główny bagaż podejrzanego, znajdujący się w luku. Wyprowadzono chłopaka na zewnątrz, a ja myślałem o jednym. Czy jestem następny? W całym autobusie tylko my dwaj jesteśmy biali. Dla wszystkich było jasne, że biali turyści to najlepsze źródło łapówek. 


Wsadziłem rękę do kieszeni znajdując niedopalonego skręta. Schowałem go specjalnym bezzapachowym opakowaniu “udającym” długopis. Położyłem na ziemi i przydeptałem nogą. W portfelu została mi moja zdobycz – tola (10g.) Malana Cream, uznawanego konsekwentnie za najlepszy charas w całych Indiach.

Minęło piętnaście, może dwadzieścia minut. Nadal nikt nie wracał.

Zacząłem odpływać w myślach. Oczami wyobraźni widziałem twardą twarz policjanta. Jego idealnie przystrzyżone wąsy i spojrzenie nieufnego wilka. Spojrzeniu analizującye czy już teraz jest już moment na propozycję łapówki?

W całym regionie roi się od posterunków, dla których to istotne źródło przychodu.

To oczywiście nie wina policjantów, że charas i inne produkty z konopi są w Indiach (z niewielkimi wyjątkami) nielegalne. Czasami jednak zastanawia mnie dlaczego Policjanci nie są największymi przeciwnikami prohibicji? Muszą z pewnością widzieć na własne oczy, że ten system nie rozwiązuje problemu narkotyków. Niestety z punktu widzenia Policji, mocno skorumpowanej instytucji, prohibicja jest opłacalna. Dla 100% pechowych turystów wybór pomiędzy groźbą więzienia, a kilkoma tysiącami rupii będzie oczywisty. Nie twierdzę, że nie ma uczciwych Policjantów, którzy nie nadużywają swojej pozycji, ale przynajmniej w tej sprawie to zdecydowana mniejszość.

Zastanawiałem się, ile pieniędzy mam w portfelu.

Z myśli wybiło mnie światło latarki.

Policjant, który nagle pojawił się w autobusie, jak na ironię losu zaczął szperać i świecić latarką po ziemi, dokładnie tam, gdzie leżał mój fioletowy długopis z ukrytym jointem. A myślałem, że jestem taki sprytny, jak go tam ukrywałem….Po plecach przebiegły mi ciarki. Jednak policjant przeszedł dalej, a mój “długopis” pozostał niezauważony. Odetchnąłem z ulgą. Ganesha, patron udanych podróży, najwyraźniej dalej mi sprzyjał.

takie i inne bezzapachowe pudełka na stronie tightpac.eu

Po chwili w autokarze z uśmiechem od ucha do ucha pojawił się Izraelczyk i ruszyliśmy w dalszą drogę. “I know where to hide my shit” powiedział. Where okazało się być w majtkach. Tam policjant też podobno szukał, ale najwyraźniej niewystarczająco dokładnie.

Parvati Valley to region północnych Indii, który wśród koneserów produktów konopnych znany jest przede wszystkim z wysokiej jakości haszyszu. Na przełomie września i października, wraz z końcem corocznych opadów deszczu, rozpoczyna się tu sezon na charas business na sporą skalę. Charas wytwarza się w niewielkich, odciętych od świata wioskach położonych na górskich zboczach doliny Parvati. Żeby tam dotrzeć trzeba pojeździć sobie po górskich zawijasach wypchanymi ludźmi autobusami, a później przedrzeć się przez zbocza, błoto, kamienie, śmieci, rzeki i inne drobne przeszkody, co sprawia że podróż momentami potrafi być ekscytująca. Przyjeżdżają tu handlarze, którzy kupują i okazjonalnie próbują przemycać kilogramy haszyszu, ale przede wszystkim przyjeżdżają zwykli turyści, których w północnych Indiach od lat 60-tych do dziś jest nieustannie wielu. Trekkerzy, backpackerzy, dredziarze, artyści, dziwacy i normalsi włóczą się tu tygodniami od wioski do wioski. Głównie z Izraela, ale też z Indii, Rosji i Europy. 

Kiedy sam wybrałem się do Parvati nie byłem w najlepszym stanie : właśnie zaczynały się skutki zatrucia pokarmowego, które miało się za mną ciągnąć przez najbliższe tygodnie. Zaczynałem mieć też powoli dość Indii. W ciągu podróży, kiedy tylko kupowałem charas okazywało się, że to nie do końca to, czego szukam albo znowu zostałem oszukany. Nie była to również legendarna jakość, o której słyszałem od pierwszego pobytu w tym kraju miesiące wcześniej. Do mojego lotu powrotnego do Polski został niecały tydzień, a do tej pory większość doświadczeń z indyjskim haszyszem była raczej rozczarowująca. Jednak udało mi się odnaleźć w sobie resztkę heroizmu i postanowiłem, że żołądkowe dolegliwości nie zatrzymają mnie przed znalezieniem rzekomo najlepszego haszyszu w całych Indiach, a według niektórych, nawet na całym świecie. Moim celem była legendarna wioska Malana i pochodzący z niej równie legendarny Malana Cream. Moja ostatnia szansa.

Czym jest haszysz? 

Haszysz, hasz, lub właśnie charas to różne określenia pewnej rodziny produktów konopnych. Żeby zrozumieć czym ta rodzina się wyróżnia musimy zacząć od zrozumienia podstawowych faktów dotyczących budowy rośliny Cannabis Sativa/Cannabis Indica. Konopie składają się z korzenia, łodygi, liści i kwiatów, tak jak większość innych kwitnących roślin. Konopia (i jej nasiona) jest wartościowych aminokwasów i ma cały szereg innych pozytywnych właściwości, na przykład niezwykle trwałe włókno. W pewnym momencie życia żeńskich osobników zaczyna dochodzić do pewnych zmian. Kiedy dziewczynki zaczynają kwitnąć na pomniejszych liściach i kwiatach pojawiają się tzw. włoski wydzielnicze (ang: trichomes). To substancje znajdujące się w tych włoskach są sekretem haszyszu. Same włoski pełnią funkcję gruczołów odpowiedzialnych za wydzielanie kannabinoidów – aktywnych związków chemicznych odpowiedzialnych za psychologiczne i medyczne efekty działania konopi. Najbardziej znanym kannabinoidem jest Tetrahydrocannabinol, w skrócie THC. Produkcja haszyszu polega na oddzieleniu materiału pochodzącego z włosków wydzielniczych od reszty rośliny, a następnie wytworzenie uzyskanego materiału ciemnej, lepiej plasteliny – haszyszu. Określenie cream dotyczy konsystencji gotowego produktu, który w zależności od techniki ekstrakcji żywicy i innych czynników może mieć delikatną, kremową konsystencję. Do produkcji haszyszu można używać wielu metod, ale charakterystyką tego pochodzącego z Malany było to, że wycierało się go z rośliny wyłącznie rękami, bez użycia żadnych rozpuszczalników, ani zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Taki haszysz określa się właśnie jako charas. Ze względu na prostotę tej metody, charas zyskał w Indiach, Pakistanie i okolicznych regionach wielką popularność. W górskim, wilgotnym klimacie jest to produkt stosunkowo łatwy do uzyskania, nie wymaga długotrwałego suszenia czy curingu, tak jak ma to miejsce w przypadku suszu kwiatów konopi.

Na przestrzeni wieków haszysz cieszył się popularnością nie tylko w dalekich krajach świata takich jak Indie, Pakistan czy Maroko. W XIX wieku, europejscy lekarze importowali go z Afryki i używali go jako bazy do produkcji lekarstw, prowadzili badania nad jego działaniem, a także eksperymentowali z pierwszymi metodami ekstrakcji. Haszysz był też popularną używką filozofów. W połowie XIX wieku został uformowany w Paryżu słynny Club des Hashischins, sekretne miejsce spotkań i debat filozoficznych upalonych pisarzy takich jak Hugo, Dumas czy Balzac. Z haszyszu korzystał też okazjonalnie Friedrich Nietzsche i wielu innych intelektualistów, muzyków, pisarzy i artystów. W drugiej połowie XX wieku w wyniku wprowadzenia międzynarodowej prohibicji produkty na bazie haszyszu zaczęły znikać z aptek, a haszysz zaczął tracić na swojej popularności.

Włoski wydzielnicze pokrywające powierzchnię konopi

Podróż do źródła

Moje poszukiwanie legendarnego indyjskiego charasu zaczęły się w Delhi. Autokar miał stać „przy szosie X, w pobliżu stacji benzynowej, niedaleko świątyni”. Indyjski styl udzielania drogowych wskazówek nie był szczególnie precyzyjny. Po etapie poszukiwań udało się zwieńczyć etap poszukiwania mojego środka transportu sukcesem. Następnie, po krótkiej walce o najlepsze miejsca w stylu deathmatch każdy na każdego, wszyscy w końcu usiedli, a autokarowy steward rozdał nam woreczki do wymiotowania. Założyłem opaskę na oczy, włożyłem słuchawki do uszu, odpaliłem Netflixa i w końcu, kilkanaście godzin później, przeziębiony, obudziłem się w chłodnej i zamglonej dolinie Parvati. Z bliżej nieznanych mi przyczyn autobus postanowił jednak zmienić trasę i zamiast do Kasol – niewielkiego miasteczka, z którego w prosty sposób miałem dostać się do Malany, pojechał do oddalonego o 70 kilometrów Manali (tak, Malana i Manali to dwa różne miejsca). “Typowe Indie” – pomyślałem. Postanowiłem, że popłynę z prądem, zostanę na chwilę w tej okolicy i dojdę do siebie w okolicznej wiosce Vashisht. Mój żołądek przestał tolerować górskie jedzenie, uszy miałem zatkane przez infekcję wirusową, a ogólny stan organizmu określiłbym jako „wymagający poprawy”.


Po kilku dniach w Vashisht powoli zaczynałem czuć się lepiej i pogoda również się poprawiła. Postanowiłem, że czas najwyższy skonfrontować się z przeznaczeniem i ruszyć do Malany. Pierwszy odcinek to podróż lokalnymi autobusami z Manali do Kasol, który miał trwać 3-4 godziny, a trwał jakieś 6-7. Jednak ostatania rzecz, na którą miałem ochotę to dać zarobić lokalnej taksówkowej mafii, więc za jakieś 100 rupi i po dwóch przesiadkach lokalny autobus w końcu dowiózł mnie do Kasol.  Inna nazwa tej miejscowości to “mały Izrael”. To miała być moja baza wypadowa do Malany.

 

Większość osób, które spotykałem na trasie sugerowała, żeby będąc w Kasol pojechać do Malany rano, zrobić zaopatrzenie i wrócić po południu. Taki był mój plan. Pomyślałem, że ułatwię sobie życie i ponieważ dalej czułem się chory, to zamiast w pieszy trek, pojadę do Malany skuterem. Kiedy szukałem miejsca, w którym mógłbym wypożyczyć scootie liczyłem na krótką i przyjemną przejażdżkę. Wioska Malana była oddalona stąd zalewdwie o dwadziesieścia kilometrów. Gdy jednak powiedziałem w wypożyczalni, że planuję jechać do Malany na twarzy przyjmującego ode mnie pieniądze Indusa pojawił się niepokojący uśmieszek. Pokiwał głową i powiedział „very nice roads”. Na myśl o kolejnej podróży zakręconymi, górskimi drogami po ciele przebiegły mi ciarki. Za sobą miałem miałem już kilka dość traumatycznych podróży lokalnymi autobusami, ostatnio przewróciłem się na skuterze, a droga prowadząca do Malany miała być jeszcze bardziej wymagająca, niż te wcześniejsze. Wioska znajdywała się dość wysoko w górach, było niezbyt ciepło a w ostatnich dniach prawie codziennie padało. Brać skuter? Iść pieszo? W moich myślach zaczął pojawiać się zamęt. Z jednej strony miałem ochotę pojechać skuterem i coś sobie udowodnić, z drugiej strony nie były to warunki dla początkujących. W końcu podjąłem racjonalną decyzję. Powiedziałem, że rezygnuję, nie biorę skutera i proszę o zwrot pieniędzy. Proces obrażania się na świat się rozpoczął. W żalu i złości na samego siebie oddaliłem się od wypożyczalni pogrążając w coraz czarniejszych myślach. Myślałem tylko o tym, że znowu los rzuca mi kłody pod nogi. Że znowu jest coś nie tak. Że znowu nie przemyślałem wszystkiego odpowiednio głęboko. W dodatku po drodze spotkałem człowieka, który przyszedł do wypożyczalni zaraz po mnie. Zauważył, że wracam pieszo i ze zdziwioną miną zapytał dlaczego nie wziąłem skutera. Powiedział mi, że gdyby wiedział, że nie musiałby wypożyczać większego i droższego motocykla. Powiedziałem mu, że jeśli chce to może wrócić i go sobie wziąć, jeszcze bardziej zły na siebie i na to, że mój negatywizm teraz ściąga w dół także innych. Każdy kolejny fragment tej podróży był trudniejszy, niż zakładałem, a ja przestawałem już mieć na to wszystko siłę.

Kiedy ze sporym przyspieszeniem staczałem się w myślową przepaść idąc po ulicy samemu nie wiedząc gdzie,  jak dżin z butelki pojawił się obok mnie facet z wypożyczalni. Podjechał na motorze. Krzycząc i wymachując rękoma twierdził, że nie oddałem mu kluczyków. Sprawdziłem w kieszeniach – nic nie ma. Poczułem się jeszcze gorze, przekonany, że nie tylko ze względu na swój strach ominie mnie przygoda, ale też przez nieuwagę zrobiłem komuś problem.  Coś jednak delikatnie we mnie drgnęło i powiedziałem Indusowi, żeby zawiózł mnie z powrotem do wypożyczalni, że razem poszukamy kluczyków bo być może gdzieś tam leżą. Wsiadłem na siedzenie pasażera, a po kilku minutach byliśmy na miejscu. Kluczyki oczywiście leżały na biurku, pod stosem papierów. – Jednak wezmę ten skuter, powiedziałem trzymając się nadziei, że być może cała ta sytuacja nie zdażyła się przypadkiem. Tak czy inaczej dziesięć minut później po zatankowaniu baku do pełna byłem już w drodze do Malany, trzymając się jedynie nadziei, że teraz to już konieczność – teraz muszę dać radę. Po pierwszych w miarę spokojnych kilometrach droga zaczynała coraz bardziej wirować i piąć się ku górze. Raz na jakiś czas mijały mnie grupy niemieckich motocyklistów oraz lokalne taksówki. W końcu asfalt, mimo, że dziurawy, ale jednak asfalt, zastąpiło błoto i kamienie, a każdy kolejny kilometr wyglądał coraz bardziej surrealistycznie. W dodatku dotarło do mnie, że Malana znajduje się na 2700 metrów, a ja mam na sobie…plażowe szorty i sandały. 

Mój mechanizm przetrwania, a być może błogosławieństwa indyjskich bogów, jednak działał i w po około półtorej godziny przeprawy skuterem przez mocno offroadową trasę dojechałem do głównej bramy prowadzącej do wioski Malana. Po jednej stronie stał niewielki bar,
który w tym momencie wyglądał, jak oaza dla człowieka zagubionego na pustyni. Drewniano-blaszana budka miała rozwieszony na ścianie koc z wizerunek patrona konopi indyjskich – Lorda Shivy. Udało mi się w końcu zamówić pierwszy posiłek tego dnia, tost z jajkiem i hot ginger lemon tea. Shiva musiał mi sprzyjać.


– Come and join us!

Spotkałem się ze spojrzeniem i uśmiechem dwudziestoparoletniego Indusa, który nabiał właśnie tytoniem i haszyszem wielką fajkę, tzw. chillum. – To jest malana super cream, 7 tysięcy rupii za tolę (jakieś 350 zł za 10 gramów), powiedział dumny. – Najlepsza jakość, jaką możesz tu dostać. – Przeznaczona niemal wyłącznie na eksport!

– Czy to już Malana? – spytałem z nadzieją w głosie, że nie będę musiał iść jeszcze dużo dalej.

– Prawie. Wioska jest tam, trzeba jeszcze zejść do rzeki a później wspiąć się w górę. Jakieś półtorej godziny w jedną stronę.

Zaczynał wiać wiatr, a na niebie gromadziły się deszczowe chmury. Na stoliku przede mną leżał poszukiwany przeze mnie charas i to jeszcze w wersji premium. Przede mną wybór: albo palę faję z chłopakami, zaopatruję się na miejscu i wracam tą piekielną trasą upalony, albo…

– Jeśli idziesz do wioski, skuter możesz zostawić tutaj za jedyne 100 rupii – wyrwał mnie z myśli manager tego lokalu.

Nagle Indus podał mi rozpalony chillum. Do tej pory próbowałem może czterech lub pięciu rodzajów charasu pochodzących z regionu, ale ta odmiana zdecydowanie była w innej lidze. Działanie, chociaż intensywne, nie było jednak dla mnie przytłaczające. Nie wiedziałem tego wtedy, ale Malana Cream dwukrotnie (w 1994 i 1996 roku) zdobyła tytuł najlepszej odmiany haszyszu podczas organizowanego przez magazyn High Times pucharu Cannabis. Zasłużenie.




Mój umysł rozświetlił i nagle wszystko stało się proste i jasne. Nie mogłem przecież opuścić ziemi obiecanej zaraz po przybyciu. W dodatku jechanie po upaleniu byłoby nieodpowiedzialne. Zdałem sobie nagle sprawę, że jakimś cudem w moim plecaku znajdowały się również rzeczy niezbędne do przetrwania nocy – chociażby okulary, bluza czy ciepła czapka. Rozglądałem się dokoła i widziałem porośnięte roślinnością góry o ośnieżonych szczytach. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do wioski rosły za to konopie. Tysiące konopi! To były najpiękniejsze rośliny, jakie kiedykolwiek widziałem. W większości niezbyt wysokie odmiany Cannabis Sativa, silne i tętniące energią, o fioletowym odcieniu kwiatów i tysiącach połyskujących w słońcu włosków pokrywających ich liście i kwiaty. To właśnie tam znajdują się największe ilości psychoaktywnego Tetrahydrocannabinolu (THC) i aromatycznych terpenów, z których później powstaje haszysz.



Z nazewnictwem konopi to ciekawa i wieloznaczna sprawa. Te odmiany konopi, które dzisiaj nazywamy Sativami pierwotnie nosiły nazwę Indica i desygnowały psychoaktywne odmiany rosnące na terenie Indii. Nazwę tę nadał tym roślinom w XVIII wieku francuski botanik Jean-Baptiste Lamarck. Konopie nazwane Cannabis Sativa przez niejakiego Carla Linneausa oznaczały pierwotnie rośliny występujące na kontynencie Euroazjatyckim używane głównie ze względu na właściwości swojego włókna. Dzisiaj w Polsce znamy je pod nazwą konopi siewnych. Jednak dawne podziały wyszły już z użycia, a ich pierwotne znaczenia uległy zmianie wraz z rozwojem nauki i krzyżowania poszczególnych rodzajów. Dziś przyjęło się, że kluczem do nazewnictwa jest działanie poszczególnych odmian, a nie ich geograficzne położenie. I tak odmiany Sativa (które kiedyś mogłyby być uznane za Indici😊) są stymulujące i pobudzające, podczas gdy działanie odmiany Indica jest przede wszystkim rozluźniające mięśnie i przeciwbólowe. W rzeczywistości prawda jest jeszcze bardziej złożona. Istnieją relaksujące Sativy oraz pobudzające Indici. Istnieje również cała masa hybrydowych odmian „gdzieś pomiędzy”, łączących najlepsze cechy obu odmian występujących w ramach gatunku Cannabis. O efektach konkretnej odmiany decyduje jednak nie jej taksonomia, ale zestaw unikalny zestaw kannabinoidów występujący w danej roślinie. Dwa najbardziej znane z nich to wspominane już psychoaktywne THC (Tetrahydrocannabinol) i niepsychoaktywne CBD (Cannabidiol), które wzajemnie równoważą swoje działanie. Poza THC i CBD wykryto ich do tej pory ponad 100 (według niektórych źródeł jest ich nawet 420). Kannabinoidy występują w różnych stężeniach i wzajemnie na siebie oddziałowywują prowadząc do efektu synergii działania. Haszysz produkuje się z tych odmian, które są bogate w THC, ponieważ to przede wszystkim Tetrahydrocannabinol jest odpowiedzialny za zmiany percepcji do których dochodzi po paleniu charasu. Powszechnie uważa się, że stężenia THC w haszyszu Malana Cream sięgają 30-40%. Dla porównania dostępna w Polsce medyczna marihuana ma stężenie THC na poziomie 19%.

Pogoda powoli zaczynała się psuć, więc czas było ruszać w drogę. Malana była co prawda odcięta od świata, ale podobno było tam kilka miejsc, w których można było zatrzymać się na noc. Stawiając krok za krokiem, przebijając się przez błoto, kamienie i okazjonalne kozie odchody trafiłem na trek, który po niecałych dwóch godzinach miał mnie doprowadzić do wioski.

Nieprzepuszczający zapachów i wodoodporny plecak od Reverly Supply pomógł mi w podróży

Na trasie niemal wszędzie rosły konopie, a ja nie byłem w stanie oderwać od nich oczu. Rośliny tętniły życiem, na co z pewnością miał ich wzrost w trudnych, zmiennych himalajskich warunkach. Dopiero kiedy przyjechałem w to miejsce zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ na finalny produkt ma typ gleby, nasłonecznienie, wilgotność powietrza i wysokość, na której rosną rośliny. To to, co w w odniesieniu do wina Francuzi określają jako terroir. To właśnie ten czynnik sprawia, że niektóre odmiany występujące w unikalnym klimacie są nie do podrobienia. Nawet przy zastosowaniu pochodzących z tych stron nasion to po prostu już nie będzie to samo. Słyszałem, że Malana Cream sprzedają coffee shopy w Amsterdamie, ale istnieje raczej niewielka szansa, że kupując haszysz występujący pod tą nazwą trafisz na autentyczny produkt.
 

Malana


Czułem się, jak w surrealistycznym śnie. Pochłonięty pięknem natury i wyjątkowością panującego tu mikroklimatu w końcu dotarłem do wioski. Domy dzieliły się na takie, które wyglądały na pół-gotowe i takie, które były w całkowitej rozsypce. W samej wiosce, tak jak na prowadzącej do niej drodze, niemal wszędzie rosły konopie: niskie, wysokie, wąskie i rozłożyste. Niektóre rośliny wyglądały jak małe drzewa pnąc się ku słońcu na ponad 3 metry.

Mimo tego, że potęga natury jest w tym miejscu wszechogarniająca, to niestety w wielu miejscach widać obecność człowieka. Nawet przy pobliskim wodospadzie piętrzyły się góry śmieci: torebek po chipsach, zużytych plastikowych butelek, papierków po batonikach i innych artefaktach kultury konsumpcjonizmu. Do tego widoku podczas wielomiesięcznej podróży po Indiach zdążyłem się już niestety przyzwyczaić. Nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dalej jak można znaleźć się w takim miejscu, zachwycać przyrodą, a później wyrzucić plastikową butelkę prosto w krzaki? Jednak tak, jak w wielu rozwijających się krajach brak solidnej edukacji w połączeniu z popularyzacją stylu życia opartego na konsumpcji doprowadził Indie do nienajlepszych rezultatów z punktu widzenia planety. W tym liczącym 1,3 miliarda ludzi miejscu przeważająca większość z nich ma bardzo złe nawyki, a wyrzucanie zużytych opakowań na drogę jest chyba najbardziej bolesnym z nich. No i kiedy ktoś wpadnie tu na pomysł, żeby postawić śmietniki? Jesteśmy gatunkiem, który stanowi dla nas samych największe zagrożenie. Góry śmieci znajdujące się przy wejściu do wioski mi o tym boleśnie przypominały.

 

Ze wszystkich budynków znajdujących się w wiosce w najlepszym stanie była drewniana świątynia. W Indiach koneserom konopi patronuje Lord Shiva. Shavaici traktują palenie konopi jako katalizator doświadczenia jednoczącego ich z boską energią Shivy. To jednak nie była świątynia Shivy. Społeczność Malany, jako jedyna grupa w całych Indiach, cześć oddaje bóstwu Jambu Devta. Co ciekawe, wiara mieszkańców Malany nie ma wyłącznie religijnego, rytualnego czy kulturowego znaczenia. Mieszkańcy są przekonani, że to właśnie Jambu Devta sprawuje faktyczną, administracyjną funkcję nad tym miejscem. Robi to osobiście kierując działaniami jedenastu delegatów rady miejskiej. Decyzje Jambu Devta nie podlegają dyskusji i są ostateczne. Jeszcze dwa lata temu Jambu Devta postanowił na przykład, że wszystkie dwanaście przybytków oferujących pokoje na wynajem w Malanie ma zostać zamkniętych, aby uchronić wioskę przed zewnętrznymi wpływami. „Bóstwo nie chciało aby ktokolwiek z mieszkańców wynajmował i pracował dla turystów, zabronił im tego.” – poinformował wówczas media reprezentant rady Bhagi Ram. Przypominając sobie o śmieciach przy wodospadzie trudno się dziwić decyzji bóstwa. Na szczęście dla mnie Jambu Devta w końcu nieco zliberalizował swoje podejście i dzisiaj w Malanie znowu można spędzić noc.

Można mieć wrażenie, że rządy Jambu Devty to dość autorytarny system. I tu kryje się niespodzianka. Struktura i prawo Malany, z naczelną rolą kierującego wszystkim bóstwa, powstał i funkcjonuje w oparciu o zasady demokratyczne i dwuizbowy parlament. Mieszkańcy są tak dumni z wyjątkowości panujących w Malanie zasad, że uznają się za najstarszą demokrację świata i potomków żołnierzy Aleksandra Wielkiego. Malanańczycy są również przekonani o czystości swojego aryjskiego pochodzenia i z tego względu nie wolno im wchodzić w kontakt fizyczny z turystami ani przedstawicielami innych wiosek. Kiedy kupuje się tu wodę w sklepie, pieniądze nalezy położyć na ziemi. Wszystko to sprawia, że pobyt w tym miejscu staje się jeszcze bardziej surrealistyczny i bardziej niż rzeczywistość przypomina szalony sen na jawie. I tak myśląc o wszystkim co mnie do tej pory spotykało podczas wielomiesięcznej podróży w Indiach, o wszystkich trudnościach, wzlotach i upadkach, wyzwaniach, górskich drogach, bogach i bóstwach, czekałem pod świątynią Jambu Devty, na człowieka który miał mnie poprowadzić do znajdującego się nieopodal Malana View Guesthouse. Marzyłem o Hot Ginger Lemon Tea, czymś do jedzenia i oryginalnym charrasie, który z sprawił, że tu i teraz nabierało jeszcze większego znaczenia, a szczególne wibracje tego miejsca jeszcze bardziej wzrastały w intensywności.

Ok. 3 nad ranem stało się jasne, że po raz kolejny zatrułem się indyjskim jedzeniem serwowanym w mojej noclegowni, czego rezultatem był brak snu i regularne wizyty w toalecie. Poranek następnego dnia również nie należał do najłatwiejszych. W całej wiosce padł prąd więc nie można było się nigdzie ogrzać, a temperatura spadła w okolice zera. Z innymi gośćmi siedzieliśmy przytuleni i owinięci w koce na tarasie patrząc na ośnieżone sześciotysięczniki w oddali. To był moment ciężki dla ciała, ale mimo całego wyczerpania w środku działo się coś wspaniałego i oczyszczającego. Pogoda nie wyglądała, jakby miała się szybko poprawić, dlatego spakowałem swoje zakupy i dobytek i po obowiązkowej sesji foto ruszyłem w powrotną drogę. Kiedy kilka godzin później znalazłem się w miejscu, w którym poprzedniego dnia zostawiłem skuter, zorientowałem się, że ktoś wziął sobie mój kask. Mój układ pokarmowy dalej się buntował, a do zestawu trudności doszły problemy z nieprzespaną nocą. Jednak mimo wszystko tym razem byłem zadziwiająco spokojny. Powoli dochodziło do mnie to co w kolejnych dnia stawało się coraz bardziej jasne: to nie przyjemności czy trudności w trakcie tej czy innej podróży definiują nasze doświadczenie, ale nasz stosunek do nich. To, czy jesteśmy je w stanie potraktować jako przemijające doświadczenia i przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest, z uśmiechem na twarzy. Czy może dalej będziemy buntować się przeciwko temu czy innemu doświadczeniu mówiąc sobie, że “to przecież powinno inaczej wyglądać”?. Odpaliłem skuter i ruszyłem w powrotną drogę. Wiedziałem już, że cokolwiek by się nie działo dam radę i wszystko będzie OK. A trwające tygodniami rozwolnienie? No cóż, za luksus spróbowania najlepszego haszyszu świata w towarzystwie Jambu Devta trzeba było najwyraźniej zapłacić jakąś cenę.

***

Jeśli uważasz, że to co robię ma sens i chcesz osobiście przyłożyć się do powstawania kolejnych treści na blogu, będzie mi miło jeśli rozważysz objęcie mojej działalności osobistym patronatem. Dla patronów przygotowuję specjalnie, niepublikowane nigdzie indziej treści, dostęp do prywatnej grupy na jednym z komunikatorów, a także regularne konkursy z bajeranckimi gadżetami do wygrania (takimi, jak np. bezzapachowe pudełka na konopne akcesoria, susz CBD i inne). Wejdź na Patronite Poznaj Psychodelki i sprawdź co Cię tam czeka!

Categories
Uncategorized

My conversations with Ayahuasca, the mother of teacher plants

Since December 2015 there hasn’t been a single day that passed without reminding myself about what happened in the Chapada Diamantina National Park in Brazil. The vivid memory of drinking Ayahuasca in these mountains still makes me sentimental. I think it’s gratitude. 

I met the shaman in front of a supermarket. We were supposed to meet at 5, but he was late about a half an hour or so. Leo unexpectedly had to take his son back from school. He excused himself and invited me to sit down and tell why I wanted to undergo the ceremony. In my broken Portuguese I explained that I’m in a bit of a junction in my life , that past few months have been pretty hard on me. He asked me how I got to know him, I mentioned Facebook. He nodded, told it happened few times before and proposed that we see each other in two days. I should spend this time thinking about my intentions for the plant and eating healthy. “Vegetarian pizza is OK. We do it a little differently than in Peru. There’s no need to starve yourself. You will need energy”, he said.

Two days passed quickly and suddenly we were walking into the deep forest, passing water cascades and waterfalls, discussing economy, social policy and similar matters.  I told myself that if my guide is still in touch with everyday life, all is eventually going to be fine. I kept repeating that to calm myself down, as I knew that what I was about to experience is generally described as a life altering rite induced by one of the strongest psychoactive substances known to human kind. Ayahuasca is often considered the Mount-Everest of psychedelics. The problem was that I didn’t even climb a hill before.

The brew is also called The Vine of the Dead, Yage, Caapi or Vegetal. Most researchers agree that drinking this psychoactive tea is a ritual performed in the Amazon (Peru, Colombia, Brazil) that dates few thousand years back. Native people do it for healing, self-exploration and spiritual purposes. Its known for its capacity to uplift the consciousness, dissolve the Ego and make people confront their subconscious fears. It’s always an experienced shaman who leads the ceremony and works with the spirit of the plant for the benefit of those who dare to drink it.

The effects of Ayahuasca are due to a compound called dimetiltriptamine, commonly DMT. It is a neurotransmitter, most-likely present in our own bodies and some of the world fauna and flora. Supposedly our pineal gland releases DMT during birth, death and near-death, psychosis, and mystical experiences, as explains Rick Strassman, MD and the author of the famous book DMT: The Spirit Molecule. The effects of artificially created dimetiltriptamine are extremely short, lasting only 5 to 10 minutes. If you intake it in a form of Ayahuasca brew, which combines DMT with naturally occurring monoamine oxidase inhibitor (MAOI), they last about 4-5 hours.

This is pretty much all I knew when we finally found a shaded place, unfolded blankets and put them on wide, flat rocks, next to running water stream. As I was soon about to discover, the location was perfect. After meditating for about thirty minutes, Leo took out the brew and offered me a glass, followed by another one forty minutes later.

Nothing happened for the first half an hour. I was sitting with my legs crossed, a bit dizzy as I woke up with a sore throat and a running nose. He was sitting on another rock, few meters away, quietly reading the “Tibetan Book of the Dead”. At the time I didn’t know that it is one of the most famous Buddhist works describing transitioning trough life and death. The only thing I understood was an image of a skull on its cover. “It’s going to be fun” I told myself and hoped for the best.

About half an hour after ingesting the brew colors started to gain more depth. Leo begun quietly humming. Few minutes later I felt an actual presence of some sort of intelligent entity. Let’s call it the spirit of the plant. It felt like it was all around, summoned by his chants and the substance. I wasn’t hallucinating, but had a very strong sensation that something is already here. It was just about to take full control of my mind. I would compare the sensation to a feeling that you may have experienced, when you perhaps at some point felt that someone is watching you from the back.  Words fail to describe what happened next, but I will do my best.

The first thing I noticed was the power of this surrounding spirit. It was tremendous, exuberant, savage; wild like a lion with a muzzle covered in a fresh and warm blood of his prey, looking straight into your eyes. I could try to resist it and fail or accept and see what it had to offer. As this was the ultimate goal of the whole experience, I tried to let go. I lied down and closed my eyes. What I saw was plentiful of animal-like entities, predators, calling me to join them. Every time I’d open my eyes I was back in the forest, but everything was different. It felt like taking off scratched and dirty glasses. The nature was all alive and looking at me. Every plant, every tree, every rock, water running in the stream – it all suddenly became conscious. I had control over my body, but the Ego somehow diluted. I felt that a spirit of a snake possessed me. I became much more then my physical self. Leo was sitting still and chanting quietly with his eyes closed.

In the next few minutes I heard a woman’s voice. It felt as it was my own intuition speaking. She asked me to get up and take few sips of water. That’s what I did and after maybe one more minute I felt nauseous. I turned away, still lying on the rock, I put my head down and started to vomit into the running water stream. Things were coming out of me with immense power. I realized this is the part of the experience and the way the plant works to cleanse you from old emotions, anxieties and illnesses, things that should be let go of. When I was hanging and vomiting, I suddenly saw Leo’s face. He was asking if I’m allright. I remember showing my thumbs up and continued.

Once this was over, I came back refreshed and carried on this crazy ride. This is when the plant begun to be really hard on me. One of the things it made me experience was the suffering of the world: wars, racism, xenophobia and other illnesses of today’s society. It felt like it was Ayahuasca’s way to tell me “It’s OK to ask for an improvement in your own life, which is why you’re came to meet me, and we will do it in a second, but first you need to become aware of how the world is today and become compassionate with all who suffer”. I felt like Virgil from Dante’s Divine Comedy, going through hell and watching all this demon-like entities suffer. The hard part came from the fact, that not only I was seeing them, but experiencing the pain in my own mind. I thought my brain would explode. It was a horrifying nightmare. I was sweating all over my body, my heart-rate went up and I remember holding my head between hands and telling myself that this all is not possible to handle for much longer. It finished as soon as I reached my mental limits and said to myself “that’s enough, I can’t take it anymore, get me back from here”.

Soon after that finished, some personal realizations started to appear, one after another. I asked the question, the plant answered. It was instantaneous. The answers seemed obvious, simple but profound. They concerned relationships with people I’m close with, professional life and other matters. I can say they were very practical, pragmatic and solution based. All that I asked for, came to me in one way or another. It didn’t come in form of words though. It was pure information downloaded from what Jung would perhaps call the collective subconsciousness. It was a spiritual, but at the same time purely practical consultancy, at least it felt that way. I would simply put my hand on the rock, focus and wait for the rock tell me something. I could just look at the tree and wait for its guidance. This conversation with nature spirits about behavioral patterns that I need to change to make life more fulfilling lasted perhaps for the next two hours.

And then I died.

Well, of course I didn’t die. But it felt like dying and coming back to life again. Reborn strong, pure, open and savage. It felt like nothing can ever be the same again. My heart opened and filled with joy, compassion and love so overwhelming that I realized, that after all, it is a beautiful and heavenly place, this world we share together. I felt purified and healthy in my every bodily cell. The illness I woke up with in the morning was gone. The nature looked astonishing, interdependent, pulsing with life. And I was a part of it, wow! I realized that we are domesticated animals, that at the core our hearts are wild, like those of Jaguars hiding and hunting in Brazilian forests. We need to be strong and fight for whatever our cause is, but deep down there is this invisible loving bond that keeps us all bound together. When I took a breath it felt like breathing truly for the first time. It was the most beautiful and exhilarating feeling I have ever experienced.

It’s easy for me to try not to sound ridiculous and say that the neurotransmitter called dimetiltriptamine, the active ingredient in the brew, triggered a reaction in my brain that tricked me into thinking that I was actually leaving my body, seeing different dimensions and encountering spirit entities. But as ridiculous as this may sound, once you actually are under the influence of Ayahuasca and later back on the planet Earth with your feet firmly on the ground, you feel like this experience is more real than real.

Ayahuasca feels way beyond your mind, beyond your brain and beyond science, which by the way fails to explain it. There is so much we don’t know about our brains that we can easily argue if all this is actually real or only a story that those who drink it tell themselves. I understand and respect that opinion. But believe me, it really does feel sacred. It’s simply like your brain switches frequencies to tune in some other reality, for the lack of better words, and downloads the knowledge straight into your essence. Putting this knowledge in real life is where the work continues. This is called integration and is the most important part of the experience.

37d3d07d49aeeae5a65f6bfbbeaa663d
The lion, which ended up tattooed on my forearm after the experience

So what’s the follow-up, you might ask? Well, even tough I eventually touched down and came back to normal, everyday life, after these four months that passed from the experience I can say that all that I heard from the plant, turned out to be true. The solutions I applied have worked. I feel lighter, happier and certainly stronger. My personality didn’t change, I still am who I was before this experience. But somehow I feel more integrated, more in touch with myself. My procrastination level decreased and my relationship with alcohol is definitely way healthier then before. I spoke to people who I didn’t talk to for years. I tend to judge others way less than I used to and the bar I put for myself is higher.

Every night when I go to sleep I tell myself that in one way or another, life always puts in front of us all the things that we need. Just like it led me to this experience, it might be leading you to a different one right now. Everyone has its own path to walk. Drinking Ayahuasca is a very personal choice that I’m convinced can be beneficial if you approach it with humility, intention and respect. But it’s by no means necessary to live a happy and fulfilling life. For that you don’t have to fly to the Amazon, you don’t have to subscribe to Yoga classes, you don’t have to be anything else that you already are. Bells and whistles aside, what the plant really does is simple. It slaps you in the face, so that you wake up and apply the knowledge that you were born with.

Just look inside your heart.

Categories
Uncategorized

Ayahuasca wzywa, świat nie reaguje

Miejsce, z którego przychodzi do nas Ayahuasca ze swoim proekologicznym i proświadomościowym przesłaniem spala się na naszych oczach. To najgorszy okres w historii tego świętego miejsca. Las spala się z prędkością 10 tysięcy metrów kwadratowych na minutę. Pożar jest podobno tak wielki, że widać go z kosmosu. W tym poście dowiesz się prawdy nt. tego dlaczego to się dzieje, oraz co możesz zrobić, żeby pomóc.

Co jest w tej sytuacji najgorsze? Amazonia pali się nie dlatego, że lato jest gorące (w Brazyli teraz jest zimna). Do tej pory – jak donosi Polityka zlokalizowano 9500 pojedynczych wybuchów ognia. Ktoś ją podpala. W tysiącach miejsc naraz. To o 84% więcej pożarów niż w zeszłym roku.

Zastanawiałeś się dlaczego ludzie mieliby podpalać las?

Kiedy Jair Bolsonaro walczył o władzę w wyborach prezydenckich miał na szachownicy taki układ: kochany przez wszystkich prezydent Lula, jak i jego poplecznica Dilma Roussef zostali spuszczeni w sedesie historii wraz z tzw. aferą Petrobrasu i w końcu pojawiła się szansa na przejęcie władzy przez kogoś niezwiązanego ze skompromitowaną “partią pracujących” (na Netflixie jest o tym dobry serial “O Mecanismo” – generalnie chodziło o pranie milionów publicznych pieniędzy w ogarniającej cały kraj, skorumpowanej ośmiornicy obejmującej niemal wszystkich urzędników najwyższego szczebla.). Jair budził się rano, nakładał krem do golenia, patrzył w lustro i myślał: “Kraj potrzebuje kogoś nowego. Kogoś z innej strony sceny politycznej. Twardego i bezwzględnego.Kogoś takiego jak ja”.

Wsparcie wszystkich największych i najbardziej smrodliwych korporacji pomogło mu spełnić tę ambicję. Kandydując na prezydenta Brazylii od samego początku był pozbawiony złudzeń. Wierdział, żebędzie uwikłany w rozgrywki z potworkiem składającym się z konglomeratu różnych interesów, politycznych wpływów i kapitału płynącego do kraju z dalekich miejsc. Od spełniania potrzeb tych ludzi zależał sukces w polityce. “Tak to się to zawsze robiło” – mówił wiążąc krawat przed spotkaniem z kolejnym biznesmenem.

Firmom, które sypnęły groszem na jego kampanię, poobiecywał, że jak zostanie prezydentem to na pewno nikt im nie będzie rzucał kłód pod nogi. Jeśli będą chcieli wyrżńąć trochę dżungli, to wyrżną. Jeśli będą cheili ją przerobić na kolejne pastwisko, kopalnię, czy co kto tam chce, to przerobią. “Mamy w końcu tego dużo”.

A teraz płonie dżungla. Bolosnaro spłaca swój dług.

W międzyczasie zyskiwał kolejnych wpływowych przyjaciół, tym razem z dalekiego wschodu. Z carami Rosji miał dużo wspólnego. Zamiast zajmować się budowaniem normalnego państwa woleli pracować nad własnym majątkiem i bawić się w wojnę. Bolsonaro, były wojskowy, świetnie dogadał się z Putinem, który też lubi sobie postrzelać. Przyszedł długo oczekiwany sukces. Pachniał jak wysokonogie blond modelki, a smakował jak zimny szampan. No i ten wspaniały kawior z Bieługi.

Niestety Vladimir wpętał się w wojnę. A technicznie rzecz ujmując napadł Ukrainę. A jak się kogoś napadnie, to czasami społeczność międzynarodowa się jednak buntuje i wprowadzi jakieś embargo. A z tego mogą zacząć się problemy z gospodarką, która i tak już ledwo dycha, bo w przeciwieństwo do arcybogatych oligarchów zwykłym ludziom i w Rosji i w Brazyli żyje się źle.

I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Pojawia si ę okazja na biznes.

“Nic to embargo, nie ma co się martwić!” – pomyślał taki Vladimir. “Można dogadać się z Jairem, w końcu nasza armia botów pomogła mu wygrać w wyborach. Nie możemy handlować ze światem? Będziemy handlować z Brazylią. A dżungla? W Rosji mamy piękną Tundrę, po co tu komu jaka dżungla. Dymitr, polej!”

I tak kolejne połacie lasu deszczowego są wypalane pod…pastwiska dla bydła. Żebyśmy mogli zjeść jeszcze więcej mięsa. To na nich jedne firmy jedne firmy będą hodować krowy, a inne – związane jak donoszą pewne źródła z panem Miedwiediewem – zajmą się eksportem. Będzie więcej szampana, więcej kawioru i więcej modelek. A później udusimy się wszyscy.

Skala pożarów w tym roku w regionie Amazonii jest bezprecedensowa. Las płonie, by zrobić miejsce dla pastwisk bydła.


Wiem, że na Giewoncie strzelił piorun, osoby zginęły i jest to wg. mediów tragedia, ale tu mamy PRAWDZIWĄ tragedię, która dzieje się na naszych oczach. Najbardziej cenny zasób naturalny naszej Matki Ziemi płonie w najszybszym od początków ludzkości w tempie. Dżungla to nie tylko “jakieś rośliny”, ale to przede wszystkim życie w całej swojej różnorodności i okazałości. Gdyby nie Brazylia to Karol Darwin nie mógłby stworzyć teorii ewolucji. Nigdzie na świecie bogactwo i różnorodność organizmów nie jest tak duża, jak tam – co pozwoliło fundament swojej teorii – świat żyje, a wszystkie żywe organizmy są znjadują się w ciągłym procesie zmiany i przeobrażeń.

I to pierwotne, pełne życia miejsce płonie w cieniu szalonego człowieka.

Możemy oczywiście się na to wkurzać, ale pewnych rzeczy nie zmienimy. Tu w Polsce mamy mały wpływ na wybory w Brazyli, trudno jest nam pokazać sprzeciw nawet jeśli się z tym wszystkim zgadzamy – możesz sobie pomyśleć. Rozumiem to doskonale i też często tak mam. Ale akurat nie tym razem.

Wiecie, przypomniał się trip na grzybach.

Miałem wizję, w której jeden wielki kolektywny cień ludzkości – wszystko co w nas chujowe i złe – uprzedmiotowiło się w mojej wyobraźni w potać wielkiego psa. Pies łaził po świecie siejąc w nim chaos i zniszczenie. “Co on tam próbuje zeżreć?” Mówię do siebie w wyobraźni i nurkuję, żeby z bliska zobaczyć jak wygląda pożywienie tego ociężałego, obrzydliwego psiska. Co tam widzę? Nasz śmieci. Odpady z naszego życia. Wyrzucone na plaże plastikowe butelki. Plastikowe tacki po mięsie. Były tam wypierane emocje, które zdają się teraz rządzić światem: nienawiść, chciwość, złość i ignorancja. Ale najważniejsze – to były nasze odpady. Życiowe i emocjonalne odpady zwykłych ludzi. Indywidualny, nieuświadomiony cień każdego z nas – karmi psa który chodzi po świecie próbując go zniszczyć rękami takich ludzi jak Jair Bolsonaro, Trump czy ten wariat z Korei Północnej.

Ale jest też w tym element światła.

To, że pies żywi się naszym indywidualnym brakiem świadomości oznacza, że jest od nas zależny. Im więcej ma żarcia, tym bardziej rośnie w siłę. Z drugiej strony im więcej świadomości w życiu każdego człowieka, tym słabszy i wątlejszy jest pies. Jak tak sobie nurkowałem po jego wnętrznościach, to wiece co jeszcze zobaczyłem? Pustkę.

Czasami wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić. Ale wtedy przypominam sobie o psie. I przypominam sobie, że to właśnie indywidualna zmiana leży u podstaw jakiejkolwiek formy oporu wobec tego psa na kolektywnym poziomie. Nieważne czy jesteś w Brazyli, Stanach, w Polsce czy na Białorusi. Jeśli będziesz potrafił/potrafiła sprawić, że w Twoim życiu na jakimś poziomie będzie więcej świadomości to ta zmiana będzie miała globalne znaczenie. Jak można to zrobić? Na przykład ograniczając spożycie mięsa. Spójrzmy prawdzwie w oczy – gdyby nie globalny popyt na wołowinę w niespotykanej i niezdrowej skali to ten problem by nie powstał. Popyt jest kreowany na całym świecie, nie tylko w Brazylii czy Rosji, ale także w Polsce.

I tu płynie druga lekcja pochodzącego z amazońskiej dżungli lekarstwa dla naszej duszy: to co robisz, jak żyjesz i jakie masz nawyki, ma znaczenie.



Co chce nam powiedzieć Ayahuasca? Że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i razem, jako jeden z wielu gatunków zamieszukujących tę planetę, odpowiadamy za nasze wspólne powodzenie lub porażkę. Jedynym wyjściem jest zagłodzić psa na śmierć. Wyciągnąć wtyczkę z kontaktu bezmyślnej konsumpcji. I wierzyć, że się uda.

Co możesz w takim razie zrobić, żeby pomóc sprawie?


1. Ogranicz spożycie wołowiny.


Bez względu na to skąd pochodzi wołowina jej hodowla na masową, przemysłową skalę, ma katastrofalne skutki dla klimatu m.in. poprzez emisję gazów cieplarnianych. Kryzys w Brazyli dzieje się w dużym stopniu dlatego, że istnieje dzisiaj na świecie duże zapotrzebowanie na wołowinę. Nie trzeba od razu zostawać weganinem, żeby przestać godzić się z tym systemem który opiera się na niewiarygodnym cierpieniu hodowlanachy zwierząt. Nie trzeba od razu zostawać weganinem, żeby przeciwko temu zaprotestować. Wystarczy ograniczyć spożycie, to już jest coś, to już jest jakaś mała zmiana. Suma tych małych zmian na świecie daje duży efekt, chociaż na co dzień oczywiście tego nie widzimy uważając, że nasze codziennie wybory nie mają znaczenia. Za pomocą psychodelików możesz jednak spojrzeć przez tą iluzję i przekonać się czy to prawda.


2. Wesprzyj jedną z organizacji pozarządowych, które są na pierwszej linii frontu walki z Babilonem


Spójrzmy prawdzie w oczy – walka z interesami wielkich korporacji i korupcją na tym szczeblu nie wydaje się możliwa na pierwszy rzut oka. A jednak są ludzie, którzy to robią, którzy są na pierwszej linii frontu i prowadzą tę walkę. Jednak potrzebują zasobów aby prowadzić tę walkę, bo po drugiej stronie są ludzie którzy mają bardzo dużo władzy i pieniędzy. I nie warto takiej partyzanckiej walki NGOsów na pierwszej lini frontu skazywać od razu na przegraną. Było w historii wojennej wiele przykładów na to, że pozornie słabszy obalił mocniejszego przeciwnika, ponieważ działał w oryginalny i nieprzewidywalny sposób. Strategia z którą takie wielkie konglomeraty mają i zawsze miały największy problem to strategia walki partyzanckiej. Przekładając na nasz przykład – to strategia angażowania zwykłych ludzi na rzecz globalnej zmiany. Siedzimy w Polsce i wydaje nam się, że nie możemy pomóc, ale możemy przelać nawet niewielką kwotę na konto organizacji, która prowadzi tę walkę i jeśli ma chociaż wygrać kilka bitew to potrzebuje wsparcia zwykłych ludzi z całego świata. A konkretnie kogoś takiego, jak Ty.

P.S.
Ja wybrałem organizację Rainforest Trust  – organizację której praca polega na wykupywaniu dżungli i chronieniu tych obszarów przed mackami zła przy zaangażowaniu lokalnych społeczności.

Categories
Uncategorized

Co się dzieje z Fundacją FNDN?

Cześć psychonauci i psychonautki,

Jak część z Was pewnie wie, postanowiłem jakiś czas temu zarejestrować w Polsce Fundację na Rzecz Dekryminalizacji Narkotyków. Dekryminalizacja posiadania jasno określonych ilości substancji psychoaktywnych na własny użytek może przynieść wiele korzyści zarówno z perspektywy ochrony zdrowia, jak i sprawiedliwości społecznej i byłoby dla WSZYSTKICH lepiej, gdyby tak właśnie w Polsce było.

Po stworzeniu statutu Fundacji, powołaniu władz i dopełnieniu wszelkich niezbędnych formalności (Fundacje i Stowarzyszenia rejestruje się w Krajowym Rejestrze Sądowym, w skrócie KRS) cierpliwie czekałem na wpis do rejestru. Taki wpis umożliwia formalne rozpoczęcie prowadzenia działalności.

Po kilku tygodniach przyszedł do mnie jednak list, w którym referendarz sądowy odpowiedzialny za przeprocesowanie mojego wniosku pisemnie oświadczył, że taka fundacja nie moż   zostać zarejestrowana, “ponieważ jej cele statutowe nie są gospodarczo i społecznie użyteczne.” Kiedy przeczytałem ten list, to mnie na początku zamroziło. Jak to cele Fundacji nie są użyteczne? Jak to nie może być zarejestrowana? To właśnie po otrzymaniu tej decyzji opublikowałem podcast, w którym dokładnie opowiedziałem całą sytuację. Nawet udało mi się uwiecznić moment, w którym otwieram ten absurdalny list.

Szybko stało się dla mnie jasne, że powyższa decyzja była uwarunkowana osobistymi przekonaniami określonego sądowego referendarza, a nie faktycznymi przepisami prawa. W Polsce naturalnie mogą przecież działać organizacje w sferze polityki narkotykowej i szkoda, że nie wszyscy urzędnicy to rozumieją. Nie ma co się jednak irytować – to w końcu nic innego, jak efekt lat indoktrynacji i antynarkotykowej propagandy.

Nie było więc dla mnie wyjścia innego, jak odwołać się od decyzji referendarza, za co – warto wspomnieć – musiałem zapłacić kolejne 100 zł (koszt samej rejestracji, który musiałem ponieść mimo braku wpisu to 250 zł).
Odwołanie złożyłem w formie skargi do rozpatrzenia przez sąd. Teraz pozostaje mi jedynie cierpliwie czekać na decyzję sędziego, który będzie w tej sprawie rozstrzygał.

Poniżej możecie się zapoznać ze złożonym przeze mnie odwołaniem, wraz z uzasadnieniem.

Będę Was informował o dalszym przebiegu tej sprawy. W międzyczasie ja nie próżnuję i przygotowuję kolejne podcasty (możecie ich słuchać na YouTube, Spotify i Apple Podcasts) oraz nagrania wideo. Możecie mnie teraz również znaleźć na IGTV, czyli Instagram TV (wystarczy, że śledzicie mnie na Instagramie, żeby oglądać filmy na tej platformie).