Categories
konopie odzież podróże

Jak branża modowa zatruwa Planetę


Kiedy byłem małym chłopcem uwielbiałem oglądać „Kapitana Planetę”. Niecierpliwie czekałem na każdy odcinek, żeby po raz kolejny zobaczyć jak Kapitan i Planetarianie ratują świat przed ekologiczną katastrofą. Czarne charaktery: doktor Zaraza, Szkodnik, Knur Chciwiec, Chytrus Szlam i Książę Nukem reprezentowały najpoważniejsze zagrożenia przed którymi stoi ludzkość. Zaraza, której pasją było niszczenie przyrody, uosabiała zagrożenia płynące z nieetycznych eksperymentów naukowych. Jej pupil, inteligentny komputer „Zły” był symbolem niekontrolowanego rozwoju Sztucznej Inteligencji. Szkodnik, wielki szczur-mutant, był twarzą zagrożeń, jakie dla przyrody niosła zła sytuacja sanitarna i przestępczość. Knur Chciwiec, otyły mężczyzna przypominający świnię, symbolizował niepohamowaną konsumpcję prowadzącą świat w stronę ekologicznej katastrofy. Książę Nukem zamierzał doprowadzić świat do konfliktu nuklearnego. Szachraj Szwindel i Chytrus Szlam zarabiali na niszczeniu środowiska i eksploatacji zasobów naturalnych. Byli żywymi symbolami ignorancji i krótkowzroczności świata biznesu. 

Magią Planetarian było to, że nie był to kolejny, serial o walce potworami, ale archetypowa opowieść o zmaganiach z największymi problemami naszej planety i osobistej odpowiedzialności w tej walce. Zwycięstwo Kapitana Planety, Planetarian i Gai nie jest możliwe bez udziału zwykłych ludzi.
Oszczędzając zasoby, segregując odpady, podejmując odpowiedzialne i świadome działania w codziennym życiu, to Ty odgrywasz kluczową rolę w tej walce. Kapitan Planeta nauczył mnie bardzo ważnej lekcji życia. 

W 2020 roku, trzydzieści lat po powstaniu pierwszych odcinków serialu przesłanie Kapitana Planety jest bardziej aktualne, niż kiedykolwiek.

W zeszłym roku światło dzienne ujrzały opublikowane w Business Insider informacje obnażające prawdziwe koszty działalności wielkich sieci odzieżowych i znajdujące się u ich podstaw trendy. Wyszło na światło dzienne, że przemysłowa produkcja odzieży jest jedną z najgorszych zbrodni, popełnionych przez ludzkość. Oto kilka najbardziej przerażających faktów dotyczących działalności branży odzieżowej:

  • Od roku 2000 globalna produkcja odzieży zwiększyła się dwukrotnie. Mimo, że ludzie kupuli o 60% więcej ubrań w roku 2014, niż w 2000, to wyrzucali je dwukrotnie szybciej.
  • Średnia liczba kolekcji oferowanych przez marki odzieżowe wzrosła w tym okresie z dwóch do pięciu. Niektóre marki oferują nawet dwadzieścia cztery kolekcje rocznie!
  • Każdej sekundy ciężarówka pełna używanej odzieży jest zrzucana na ziemię, prowadząc do zatrucia gleby. Średnio wyrzucamy 85% kupowanych ubrań.
  • Przyjmuje się również, że produkcja odzieży jest odpowiedzialna za 10% wszystkich emisji dwutlenku węgla do atmosfery. To więcej, niż wszystkie loty samolotowe i transport morski razem wzięte.
  • Trzydzieści procent plastiku znajdującego się w oceanach pochodzi z prania sztucznych włókien znajdujących się w naszych ubraniach. Polyester znajduje się w 60% ubrań dostępnych na rynku.
  • Pięćset tysięcy ton plastiku, który w większości nigdy nie ulegnie rozpadowi, każdego roku trafia do oceanów. To równowartość pięćdziesięciu miliardów plastikowych butelek.
  • Dwa tysiące sześćset litrów wody jest zużywane na to, aby wyprodukować jeden bawełniany t-shirt. To wystarczająco dużo, żeby jedna dorosła osoba mogła pić osiem kubków wody dziennie przez trzy i pół roku. Siedem tysięcy sześćset litrów jest potrzebne do tego, aby wyprodukować jedną parę jeansów. To zapasy wody pitnej dla jednego człowieka na dziesięć lat.
  • W rezultacie przemysłowej produkcji bawełny i używania sztucznych nawozów w ciągu ostatnich trzydziestu lat całkowicie wyschło jedno z największych jezior świata, Morze Aralskie w Uzbekistanie. Jezioro które było domem dla dwudziestu czterech gatunków ryb, zamieniło się w toksyczną pustynię z kilkoma sadzawkami. Można to zobaczyć na zdjęciach NASA.
Morze Aralaskie trzydzieści lat temu i dziś.

W przeciwieństwie do branży tytoniowej czy alkoholowej, branża #fastfashion nie jest zobowiązana do informowania o ciemnej stronie swoich produktów. W ustawie nie ma zapisu, że na metkach producent musi informować, że „ten sweter z akrylu przyczynia się do gromadzenia plastiku w oceanach” albo „twoje dzisiejsze zakupy stanowią ekwiwalent zużycia wody pitnej dla jednej osoby na sto lat”. Informacje o prawdziwych kosztach działania tej branży były dla mnie jak kubeł zimnej wody na głowę. Otworzyłem szafę i zdałem sobie sprawę, że co najmniej 80% moich ubrań jest zrobiona z bawełny i w większości są to ubrania wielkich marek. Jeśli ja sam, który uważam siebie za w miarę świadomą jednostkę, jestem częścią tego problemu, to na kogo może liczyć Kapitan Planeta? Odezwał się we mnie mały chłopczyk, który byłby bardzo rozczarowany. I który zaraz zacząłby się zastanawiać, co może z tym zrobić. 

Pewnego wrześniowego dnia, spacerując po pustej plaży w Piaskach pod wpływem stu mikrogramów LSD zacząłem się nad tym wszystkim głębiej zastanawiać. A co gdyby wybór się pojawił? Gdybyśmy mogli nosić ubrania, które powstały z troską o Planetę? Wyprodukowane w zrównoważony sposób, bez chemicznych nawozów zatruwających ziemię. Trwałe, zdrowe dla ciała, a przy tym stylowe. Oczywistym wyborem do produkcji tego typu ubrań są konopie. Ich włókno najbardziej trwałym i ekologicznym naturalnym materiałem na świecie. W pełni biodegradowalne, nie potrzebuje sztucznych nawozów, ani specjalnych ilości wody. Może się zastanawiasz dlaczego wszyscy nie chodzimy w ciuchach z konopi? Kiedy dochodziło do wysuszania Planety i zatruwania gleby przemysłowymi uprawami bawełny, konopie włókniste w wielu krajach o globalnym wpływie pozostawały nielegalne, a temat włókna konopnego całkowicie zmarginalizowany. Tego dnia LSD przemówiło: wielkie sieci odzieżowe najbardziej boją się tego, że przestaniemy kupować ich ubrania. Że zrozumiemy, na czym na prawdę polega ten biznes i zaczniemy o tym ze sobą rozmawiać, buntując się przeciwko sztucznym potrzebom posiadania masy niepotrzebnych rzeczy. 
Kiedy tego dnia na kwasie na plaży nad Bałtykiem myślałem o
szkodach wyrządzanych przez branżę odzieżową zakiełkował we mnie pomysł stworzenia własnych ubrań z konopi. Ubrań i produktów, które stanowiłyby alternatywę dla masowych produktów i fast foodowych trendów dominujących w naszej kulturze.

Po miesiącach planowania i poszukiwań odpowiedniej jakości materiałów, trafiłem do niewielkiej wioski Kasar Devi na skraju Himalajów. W tym ukrytym prawie na końcu świata miejscu, wspierana przez lokalną organizację pozarządową grupa grupa kobiet niedawno zaczęła pracować z konopnym włóknem wykorzystując tradycyjne krosna i metody tkackie. Nanda Devi Society, tak nazywa się to miejsce, swoją nazwę wzięła od widocznego szczytu Nanda Devi, drugiego najwyższego szczytu Indii, którego ośnieżony szczyt jest widoczny w oddali.  Zielone zbocza w okolicy porastają  hektary dziko rosnących konopi, z których wytwarza się tu nie tylko tkaniny, ale również haszysz. Materiał wideo z mojej wizyty w tym miejscu można zobaczyć na moim kanale na YouTubie. 

W tym magicznym, dzikim i dziewiczym miejscu z psychodeliczną historią zostały zaprojektowane i powstały pierwsze produkty – super miękkie i trwałe szaliki łączące konopie z innymi naturalnymi włóknami: jedwabiem, organiczną bawełną i bambusem. Każdy z tych materiałów posiada swoje własne właściwości, fakturę i oryginalny wzór. Jedwab Tsar daje jedyny w swoim rodzaju, naturalny, beżowo-złoty kolor, organiczna bawełna i kokos gwarantują wyjątkową miękkość. Kobiety pracujące w Nanda Devi Society nie są wyrobnikami w fabryce, ale sercem całego zakładu. Pracują z konopiami używając tradycyjnych krosen dzięki wsparciu organizacji pozarządowej Hans Himadri, działającej na rzecz rozwoju lokalnych inicjatyw. W dodatku zyski ze sprzedaży materiałów inwestowane w dalszy rozwój centrum, które jest jedną z pierwszych takich inicjatyw w całych Indiach. Wioska znajduje się w jednym z dwudziestu dziewięciu stanów. Obecnie jest to jedyne miejsce w całych Indiach, gdzie konopie włókniste są legalne. Do legalizacji doprowadzili lokalni aktywiści, którzy jako jedni z nielicznych w indyjskim społeczeństwie rozumieją, że podobne reformy są niezbędne do przeprowadzenia w pozostałej części kraju, jeśli mamy ograniczyć negatywny wpływ indyjskiej gospodarki na cały świat. 

Dzikie konopie porastające zbocza w drodze do Nanda Devi Society

Wiem, że nie naprawię problemów świata za pomocą szalika, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zrobić jeden krok w stronę ochrony środowiska przed siłami ignorancji. Chcę dalej rozwijać pomysł tworzenia autorskiej kolekcji etycznej odzieży dla ludzi, którzy tak jak ja, chcą sprzeciwić się toksycznym trendom kultury opartej na konsumpcjonizmie. Jeśli myślisz podobnie i chcesz dołączyć do tej walki, możesz kupić egzemplarz pierwszej, limitowanej wersji szalików w sklepie Satori Time, który od początku wspierał mnie w tej misji. 

Dzisiaj mam 33 lata i dalej wierzę w przesłanie Kapitana Planety, które pierwszy raz usłyszałem ponad dwadzieścia lat temu. Wierzę, że kluczem do globalnej zmiany, której potrzebuje świat, jest indywidualna świadomość ludzi i odpowiedzialność za własne wybory. Łącząc się z tymi, którzy kierują się podobnymi wartościami możemy być zmianą, której nasz świat tak bardzo potrzebuje. Zobaczyć strach w oczach knura chciwca, kiedy wszyscy zdamy sobie z tego sprawę? To byłoby bezcenne. 

Categories
konopie odzież podróże

Kobiety z Nanda Devi i konopne włókno

Konopie siewne należą do najsilniejszych, najbardziej wszechstronnych i ekologicznych naturalnych materiałów na Ziemi. Jednak siła, którą obdarzyła je natura stała się ich największym zagrożeniem. W ich własnej ojczyźnie konopie siewne w dużej mierze dalej pozostają nielegalne.

Jednym z najbardziej oczywistych podziałów konopi jest podział na bogate w THC konopie indyjskie i konopie siewne, które THC  zawierają jedynie w śladowych ilościach. Konopiami siewnymi nie można się “upalić”, za to ich włókno jest niezwykle wartościowym surowcem o wielotysięcznej historii użycia i tysiącach przemysłowych zastosowań. Kiedy w Indiach delegalizowano marihuanę nikt nie wziął tego rozróżnienia pod uwagę.

Indie wzięły przykład ze Stanów Zjednoczonych, które
narzuciły innym krajom kryminalizację konopi nie licząc się z konsekwencjami. Już w połowie XX wieku nie tylko uprawa marihuany stała się nielegalna, ale i wykorzystanie konopnego włókna praktycznie niemożliwe. Czarny rynek skutecznie zajął się regulowaniem podaży na marihuanę. Jednak konopne włókno zniknęło z mapy dwóch z trzech najludniejszych krajów świata, pociągając za tym olbrzymie koszty środowiskowe.

PAPIER

Skalę szkód łatwo jest sobie wyobrazić na przykładzie produkcji papieru. Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem to jasne dla mnie było, że papier robi się z drzew. Nie wiedziałem wtedy, że to skojarzenie było wywołane działaniami lobbingowymi przemysłu papierniczego. Dziś na szczęście już wiem, że źródłem papieru nie muszą być drzewa, które rosną kilkadziesiąt lat, zaopatrują nas w tlen i stanowią dom dla niezliczonych gatunków zwierząt i roślin. Papier można wyprodukować z konopi. Szybko rosnącej, jednorocznej rośliny, która świetnie prosperuje niemal w każdym klimacie. I zawiera więcej celulozy, niż drzewa.

Można oczywiście pomyśleć, że papier to przeszłość, bo coraz więcej spraw można załatwić elektronicznie. Niestety prawdą jest coś innego – mimo rozwoju technologicznego, nasze papierowe potrzeby dalej rosną. Każdego roku produkujemy 300 ton papieru, a typowy pracownik biura wykorzystuje 10 000 kartek każdego roku. Cykl życia połowy z nich wynosi mniej, niż jeden dzień.

Wykorzystanie konopi jako głównego zasobu do zaspokojenia papierowych potrzeb ludzkości nie tylko oszczędziłby cenne ekosystemy, ale i doprowadziło do znacznego ograniczenia toksycznych odpadów, które są “efektem ubocznym” procesu produkcji papieru z pulpy drzewnej. Niezliczone tony zanieczyszczeń, których można było uniknąć wykorzystując potencjał konopi, są w dużej mierze rezultatem prowadzonej za publiczne pieniądze “wojny z narkotykami”, którymi padły również konopie siewne.

Kwitnąca konopia siewna w okolicy miejscowości Almora. Stan Uttarakhand to jeden z dwóch indyjskich stanów, w której doszło już do legalizacji konopi siewnych.

KASAR DEVI

Na szczęście sytuacja zaczyna się poprawiać. W USA zalegalizowano konopie siewne w 2018 roku, a proces ten zaczyna obecnie postępować w drugim kraju o ogromnym wpływie na resztę świata – Indiach. Indyjscy aktywiści zaczynają docierać do polityków z przekazem, że to nie uprawianie konopi, ale ich kryminalizacja jest prawdziwą zbrodnią. Prawo powoli dostosowywuje się do rosnącej świadomości. Legalizacja konopi siewnych w wszystkich indyjskich stanach, zamieszkałych przez 1,3 miliarda ludzi kraju przyniosłaby całemu światu ogromne korzyści.
Odwiedziłem tu znajdujący się na obrzeżu Himalajów stan Uttarakhand, który jako pierwszy i jeden z nielicznych (dwóch lub trzech na dwadzieścia dziewięć) zalegalizował uprawę konopi siewnych.

Aby przekonać się na własne oczy jak wyglądają pierwsze inicjatywy, które korzystają na legalizacji wybrałem się w podróż do malowniczej doliny Binsaru, u podnóża Himalajów, w okolice miejscowości Almora. W oddali można było dostrzec ośnieżony szczyt Nanda Devi (7816 m n.p.m), drugi najwyższy szczyt Indii. W przeciwieństwie do sąsiadującego stanu Himachal Pradesh (tam, gdzie prowadziłem poszukiwania charasu) Policja z Uttarakhandu nie przeprowadza raczej spektakularnych medialnie nalotów na uprawy konopi, aby zwalczać narkomanię łopatami. Dzięki temu w regionie panuje dobry klimat do uprawy roślin i rozwoju inicjatyw przywracających światu magię konopnego włókna.

Wioska Kasar Devi, która była celem mojej podróży, swoją nazwę zawdzięcza wojowniczej bogini, dla której wzniesiono to malowniczo położoną świątynię. W latach 70-tych miejsce trafiło na mapy przemierzających te szlaki hipisów, do czego przyczyniły się wizyty ikon kontrkultury takich jak Bob Dylan, George Harrison, Allen Ginsberg czy Tim Leary. Spożywając zapewne duże ilości kwasu i okazjonalnie biegając nago po okolicznym lesie, Leary napisał tu większą część swoich “Psychodelicznych Modlitw”. Zawieszona przy wejściu do świątyni tablica informuje, że kiedyś przyjechali do Kasar Devi również naukowcy z NASA, którzy wykryli tu jakieś niezwykłe pole energetyczne.

Widok na świątynię Kasar Devi i dolinę Almory. Za chmurami Himalaje.

Najlepsi nauczyciele skupiają się na przekazywaniu uniwersalnych, praktycznych i pozbawionych dogmatu prawd dotyczących ludzkiej natury i Swami Vivekananda był chyba jednym z nich. Kiedy okazało się, że to właśnie w niewielkiej, wybudowanej na skale świątyni, oświecenierozpoznawalny na Zachodzie guru poprzez intensywną medytację doznał oświecenia, Kasar Devi zyskała w kręgach kontr-kultury status miejsca kultowego.
Hindusi mają to do siebie, że raczej nie próbują nikogo konwertować, zamienić w wyznawców “hinduizmu” i tak dalej. Jeśli już coś mówią to to, że każdy powinien poszukiwać swojej własnej ścieżki do Boga. W opozycji do konserwatywnego i skostniałego kościoła, który przez wieki wyspecjalizował się w moralizowaniu, wizja duchowości zaprezentowana przez wschodnich nauczycieli takich, jak Vivekananda musiała być atrakcyjna. Kasar Devi przyciągała tych, którzy odczuwali potrzebę duchowego życia, ale nie mogli jej zrealizować w zamkniętych ramach zinstytucjonalizowanej religii. Pewnie niektórzy hipisi wierzyli też, że wystarczy przyjechać do Indii, żeby osiągnąć stan oświecenia?

KOBIETY Z NANDA DEVI

To właśnie w tym specjalnym miejscu, w sąsiedztwie świątyni wojowniczej bogini Kasar Devi, powstaje jedna z pierwszych społecznych inicjatyw wykorzystująca szanse oferowane przez legalizację konopi włóknistych.

W znajdującym się nieopodal świątyni budynku centrum rękodzieła Nanda Devi Society pracuje obecnie kilkaset kobiet, które zajmują się tradycyjnym rodzajem tkactwa z użyciem materiałów takich jak wełna, pokrzywa, organiczna bawełna czy konopie. Nauczyły się tkać, dzięki wsparciu Fundacji Hans Himadri, która postawiła sobie za cel “wywarcie bezpośredniego wpływu na życie pięciu tysięcy kobiet tkaczy zamieszkujących stan Uttarakhand poprzez udostępnienie krosna ręcznego i ręcznie wykonanych tkanin na rynkach światowych.”

Tym, co skierowało większość kobiet w stronę zdobywania nowych umiejętności była chęć poprawy warunków życiowych.  W regionie Kumaon to kobiety tradycyjnie muszą zajmować się ścinaniem i gromadzeniem zapasów trawy dla bydła, kiedy kończy się pora deszczowa. Do swoich domostw noszą ją w koszach zawieszonych na plecach. Tkanie i konopie oferują alternatywę do polegania wyłącznie na ciężkiej, fizycznej pracy na roli, która z roku na rok staje się coraz trudniejsza.  Zarówno ze względu na wiek, jak i nieoczekiwane efekty uboczne zmian klimatu, do których tu doszło.

„Wycinka lasów doprowadziła do masowej inwazji małp na tereny zamieszkane przez ludzi. Nie mogąc znaleźć jedzenia w miejscach, w których pozyskiwały je wcześniej, małpy kierują się w stronę ludzkich osad aby kraść kapustę, ziemniaki czy owoce. Tradycyjne rolnictwo przestaje być tu opłacalne.”
– informuje Pani Meghan, która pełni tu funkcję głównej projektantki

Społeczność kobiet-tkaczy została zapoczątkowana przez cztery pierwsze kobiety. Później włączały się w nią powoli kolejne osoby, a zaangażowanie rosło. Dziś jest to już kilka tysięcy kobiet w całym stanie Uttarakhand. I chociaż wiele z nich dalej wykonuje pewne rolnicze czynności, to są zdecydowanie bardziej niezależne, zarówno pod kątem możliwości zatrudniania, jak i płacy. Być może jednak największą korzyścią płynącą z tej inicjatywy jest sama społeczność, która wytworzyła się w duchu wiary w to, że w dzisiejszym świecie jest jeszcze miejsce dla tradycyjnego rzemiosła i rękodzieła. Rosnące zapotrzebowanie na produkty z włókna konopnego pozwala takim inicjatywom rozwijać się dalej.

Oprócz włókna konopi siewnych, do tkania wykorzystuje się w tym miejscu inne naturalne materiały: wełnę, jedwab, bambus, pokrzywę i organiczną bawełnę. Mieszanie włókna konopnego z innymi tkaninami może sprawić, że produkty z konopi staną miękkie i przyjemne w dotyku, stanowiąc realną alternatywę dla rzeczy, które znajdujemy w sieciówkach. Jednak nawet czyste włókno konopne z czasem staje się coraz bardziej miękkie, zachowując przy tym swoje anty-bakteryjne i anty-alergiczne właściwości.

Ostatnie prasowanie i materiał będzie gotowy do ostatecznego sprawdzenia jakości. Jak widać na sukces centrum pracują nie tylko kobiety.

SLOW FASHION

Konopie świetnie łączą się z innymi naturalnymi włóknami.

Slow Fashion to nic innego jak świadome podejście do kupowania i użytkowania naszych ubrań. Nurt  slow fashion ma się do tzw. fast fashion (H&M i inne wielkie marki odzieżowe) tak jak slow food do fast foodów. Produkty są wyższej jakości, zazwyczaj trochę droższe i wytwarzane z poszanowaniem ludzi i środowiska. Wiemy skąd pochodzą oraz przez kogo i jak powstały.

W procesie przechodzenia od fast do slow fashion konopiom należy się miejsce szczególne. Ze wszystkich typów włókien wykorzystywanych w przemyśle odzieżowym, to właśnie włókno konopne ma największy potencjał do tego, aby minimalizować nasz wpływ na środowisko. Konopie są niezwykle odporne i rosną szybko bez konieczności używania szkodliwych nawozów. Nie potrzebują też ogromnych ilości wody, wymaganych przy uprawach dominującej w naszych szafach bawełny. Naturalne włókna konopi są również biodegradowalne, chociaż sporo czasu minie, zanim pozbędziecie się tych rzeczy – konopne włókno jest jednym z najtrwalszych na świecie. Dla porównania średni czas zużycia rzeczy dostępnych w sklepach dużych marek odzieżowych wynosi około dwóch lat.

Przechodząc przez kolejną sklepową alejkę w Galerii Handlowej zastanów się dwa razy czy tak na prawdę tego potrzebujesz. Może się mylę, ale wydaje mi się, że im więcej posiadamy, tym bardziej jesteśmy tym wszystkim przytłoczeni. Jeśli czegoś nie potrzebujesz, nie kupuj tego. A jeśli kupujesz, kupuj sprawdzone rzeczy wysokiej jakości, które posłużą Ci latami.

Podążając drogą ograniczania konsumpcji warto też uważać na to, żeby nie wpaść w pułapkę skrajności, np. pozbywając się wszystkich starych ubrań czy akcesoriów, żeby tylko kupić sobie coś nowego, bo jest zrobione z konopie. Pamiętaj, że najbardziej ekologiczny produkt w Twojej szafie to wcale niekoniecznie ten, który został wyprodukowany w etyczny sposób z naturalnych materiałów, ale ten, o który będziesz dbał i używał/-a całe życie!

Autor w prototypie szalika z włókiem konopi i bambusa.
Inne materiały poświęcone konopiom znajdziesz pod #poznajkonopie w mediach społecznościowych. Możesz też osobiście przyczynić się do dalszego rozwoju bloga oraz podcastu zostając moim patronem w serwisie Patronite. Oprócz niepublikowanych nigdzie indziej treści, dla patronów przygotowałem między innymi wyjątkowe szaliki z konopi, które powstały w centrum Nanda Devi. Kliknij w przycisk i poznaj szczegóły.
Categories
Uncategorized

Polowanie Na Najlepszy Haszysz W Indiach


Jeśli człowiek zechce pozbyć się ucisku nie do zniesienia, być może będzie musiał zjeść haszysz – Friedrich Nietzsche

– Z jakiego jesteś kraju? Gdzie teraz jedziesz? Policjant świecił latarką w paszport chłopaka, który siedział obok mnie w autobusie zmierzającym nocą z Himalajów do Delhi. – Jestem z Izraela. Jadę do Delhi spotkać się z moimi Guruji. – Z Guruji, tak? Na twarzy policjanta pojawił się grymas zwątpienia przypominający uśmiech (Guruji oznacza duchowego nauczyciela).


Kiedy próby znalezienia haszyszu w podręcznym bagażu, jak i w paczce prezerwatyw Izraelczyka (policjant sprawdzał ją wyjątkowo uważnie) nie przyniosły skutku, oficer indyjskiej Policji postanowił przeszukać główny bagaż podejrzanego, znajdujący się w luku. Wyprowadzono chłopaka na zewnątrz, a ja myślałem o jednym. Czy jestem następny? W całym autobusie tylko my dwaj jesteśmy biali. Dla wszystkich było jasne, że biali turyści to najlepsze źródło łapówek. 


Wsadziłem rękę do kieszeni znajdując niedopalonego skręta. Schowałem go specjalnym bezzapachowym opakowaniu “udającym” długopis. Położyłem na ziemi i przydeptałem nogą. W portfelu została mi moja zdobycz – tola (10g.) Malana Cream, uznawanego konsekwentnie za najlepszy charas w całych Indiach.

Minęło piętnaście, może dwadzieścia minut. Nadal nikt nie wracał.

Zacząłem odpływać w myślach. Oczami wyobraźni widziałem twardą twarz policjanta. Jego idealnie przystrzyżone wąsy i spojrzenie nieufnego wilka. Spojrzeniu analizującye czy już teraz jest już moment na propozycję łapówki?

W całym regionie roi się od posterunków, dla których to istotne źródło przychodu.

To oczywiście nie wina policjantów, że charas i inne produkty z konopi są w Indiach (z niewielkimi wyjątkami) nielegalne. Czasami jednak zastanawia mnie dlaczego Policjanci nie są największymi przeciwnikami prohibicji? Muszą z pewnością widzieć na własne oczy, że ten system nie rozwiązuje problemu narkotyków. Niestety z punktu widzenia Policji, mocno skorumpowanej instytucji, prohibicja jest opłacalna. Dla 100% pechowych turystów wybór pomiędzy groźbą więzienia, a kilkoma tysiącami rupii będzie oczywisty. Nie twierdzę, że nie ma uczciwych Policjantów, którzy nie nadużywają swojej pozycji, ale przynajmniej w tej sprawie to zdecydowana mniejszość.

Zastanawiałem się, ile pieniędzy mam w portfelu.

Z myśli wybiło mnie światło latarki.

Policjant, który nagle pojawił się w autobusie, jak na ironię losu zaczął szperać i świecić latarką po ziemi, dokładnie tam, gdzie leżał mój fioletowy długopis z ukrytym jointem. A myślałem, że jestem taki sprytny, jak go tam ukrywałem….Po plecach przebiegły mi ciarki. Jednak policjant przeszedł dalej, a mój “długopis” pozostał niezauważony. Odetchnąłem z ulgą. Ganesha, patron udanych podróży, najwyraźniej dalej mi sprzyjał.

takie i inne bezzapachowe pudełka na stronie tightpac.eu

Po chwili w autokarze z uśmiechem od ucha do ucha pojawił się Izraelczyk i ruszyliśmy w dalszą drogę. “I know where to hide my shit” powiedział. Where okazało się być w majtkach. Tam policjant też podobno szukał, ale najwyraźniej niewystarczająco dokładnie.

Parvati Valley to region północnych Indii, który wśród koneserów produktów konopnych znany jest przede wszystkim z wysokiej jakości haszyszu. Na przełomie września i października, wraz z końcem corocznych opadów deszczu, rozpoczyna się tu sezon na charas business na sporą skalę. Charas wytwarza się w niewielkich, odciętych od świata wioskach położonych na górskich zboczach doliny Parvati. Żeby tam dotrzeć trzeba pojeździć sobie po górskich zawijasach wypchanymi ludźmi autobusami, a później przedrzeć się przez zbocza, błoto, kamienie, śmieci, rzeki i inne drobne przeszkody, co sprawia że podróż momentami potrafi być ekscytująca. Przyjeżdżają tu handlarze, którzy kupują i okazjonalnie próbują przemycać kilogramy haszyszu, ale przede wszystkim przyjeżdżają zwykli turyści, których w północnych Indiach od lat 60-tych do dziś jest nieustannie wielu. Trekkerzy, backpackerzy, dredziarze, artyści, dziwacy i normalsi włóczą się tu tygodniami od wioski do wioski. Głównie z Izraela, ale też z Indii, Rosji i Europy. 

Kiedy sam wybrałem się do Parvati nie byłem w najlepszym stanie : właśnie zaczynały się skutki zatrucia pokarmowego, które miało się za mną ciągnąć przez najbliższe tygodnie. Zaczynałem mieć też powoli dość Indii. W ciągu podróży, kiedy tylko kupowałem charas okazywało się, że to nie do końca to, czego szukam albo znowu zostałem oszukany. Nie była to również legendarna jakość, o której słyszałem od pierwszego pobytu w tym kraju miesiące wcześniej. Do mojego lotu powrotnego do Polski został niecały tydzień, a do tej pory większość doświadczeń z indyjskim haszyszem była raczej rozczarowująca. Jednak udało mi się odnaleźć w sobie resztkę heroizmu i postanowiłem, że żołądkowe dolegliwości nie zatrzymają mnie przed znalezieniem rzekomo najlepszego haszyszu w całych Indiach, a według niektórych, nawet na całym świecie. Moim celem była legendarna wioska Malana i pochodzący z niej równie legendarny Malana Cream. Moja ostatnia szansa.

Czym jest haszysz? 

Haszysz, hasz, lub właśnie charas to różne określenia pewnej rodziny produktów konopnych. Żeby zrozumieć czym ta rodzina się wyróżnia musimy zacząć od zrozumienia podstawowych faktów dotyczących budowy rośliny Cannabis Sativa/Cannabis Indica. Konopie składają się z korzenia, łodygi, liści i kwiatów, tak jak większość innych kwitnących roślin. Konopia (i jej nasiona) jest wartościowych aminokwasów i ma cały szereg innych pozytywnych właściwości, na przykład niezwykle trwałe włókno. W pewnym momencie życia żeńskich osobników zaczyna dochodzić do pewnych zmian. Kiedy dziewczynki zaczynają kwitnąć na pomniejszych liściach i kwiatach pojawiają się tzw. włoski wydzielnicze (ang: trichomes). To substancje znajdujące się w tych włoskach są sekretem haszyszu. Same włoski pełnią funkcję gruczołów odpowiedzialnych za wydzielanie kannabinoidów – aktywnych związków chemicznych odpowiedzialnych za psychologiczne i medyczne efekty działania konopi. Najbardziej znanym kannabinoidem jest Tetrahydrocannabinol, w skrócie THC. Produkcja haszyszu polega na oddzieleniu materiału pochodzącego z włosków wydzielniczych od reszty rośliny, a następnie wytworzenie uzyskanego materiału ciemnej, lepiej plasteliny – haszyszu. Określenie cream dotyczy konsystencji gotowego produktu, który w zależności od techniki ekstrakcji żywicy i innych czynników może mieć delikatną, kremową konsystencję. Do produkcji haszyszu można używać wielu metod, ale charakterystyką tego pochodzącego z Malany było to, że wycierało się go z rośliny wyłącznie rękami, bez użycia żadnych rozpuszczalników, ani zaawansowanych technologicznie rozwiązań. Taki haszysz określa się właśnie jako charas. Ze względu na prostotę tej metody, charas zyskał w Indiach, Pakistanie i okolicznych regionach wielką popularność. W górskim, wilgotnym klimacie jest to produkt stosunkowo łatwy do uzyskania, nie wymaga długotrwałego suszenia czy curingu, tak jak ma to miejsce w przypadku suszu kwiatów konopi.

Na przestrzeni wieków haszysz cieszył się popularnością nie tylko w dalekich krajach świata takich jak Indie, Pakistan czy Maroko. W XIX wieku, europejscy lekarze importowali go z Afryki i używali go jako bazy do produkcji lekarstw, prowadzili badania nad jego działaniem, a także eksperymentowali z pierwszymi metodami ekstrakcji. Haszysz był też popularną używką filozofów. W połowie XIX wieku został uformowany w Paryżu słynny Club des Hashischins, sekretne miejsce spotkań i debat filozoficznych upalonych pisarzy takich jak Hugo, Dumas czy Balzac. Z haszyszu korzystał też okazjonalnie Friedrich Nietzsche i wielu innych intelektualistów, muzyków, pisarzy i artystów. W drugiej połowie XX wieku w wyniku wprowadzenia międzynarodowej prohibicji produkty na bazie haszyszu zaczęły znikać z aptek, a haszysz zaczął tracić na swojej popularności.

Włoski wydzielnicze pokrywające powierzchnię konopi

Podróż do źródła

Moje poszukiwanie legendarnego indyjskiego charasu zaczęły się w Delhi. Autokar miał stać „przy szosie X, w pobliżu stacji benzynowej, niedaleko świątyni”. Indyjski styl udzielania drogowych wskazówek nie był szczególnie precyzyjny. Po etapie poszukiwań udało się zwieńczyć etap poszukiwania mojego środka transportu sukcesem. Następnie, po krótkiej walce o najlepsze miejsca w stylu deathmatch każdy na każdego, wszyscy w końcu usiedli, a autokarowy steward rozdał nam woreczki do wymiotowania. Założyłem opaskę na oczy, włożyłem słuchawki do uszu, odpaliłem Netflixa i w końcu, kilkanaście godzin później, przeziębiony, obudziłem się w chłodnej i zamglonej dolinie Parvati. Z bliżej nieznanych mi przyczyn autobus postanowił jednak zmienić trasę i zamiast do Kasol – niewielkiego miasteczka, z którego w prosty sposób miałem dostać się do Malany, pojechał do oddalonego o 70 kilometrów Manali (tak, Malana i Manali to dwa różne miejsca). “Typowe Indie” – pomyślałem. Postanowiłem, że popłynę z prądem, zostanę na chwilę w tej okolicy i dojdę do siebie w okolicznej wiosce Vashisht. Mój żołądek przestał tolerować górskie jedzenie, uszy miałem zatkane przez infekcję wirusową, a ogólny stan organizmu określiłbym jako „wymagający poprawy”.


Po kilku dniach w Vashisht powoli zaczynałem czuć się lepiej i pogoda również się poprawiła. Postanowiłem, że czas najwyższy skonfrontować się z przeznaczeniem i ruszyć do Malany. Pierwszy odcinek to podróż lokalnymi autobusami z Manali do Kasol, który miał trwać 3-4 godziny, a trwał jakieś 6-7. Jednak ostatania rzecz, na którą miałem ochotę to dać zarobić lokalnej taksówkowej mafii, więc za jakieś 100 rupi i po dwóch przesiadkach lokalny autobus w końcu dowiózł mnie do Kasol.  Inna nazwa tej miejscowości to “mały Izrael”. To miała być moja baza wypadowa do Malany.

 

Większość osób, które spotykałem na trasie sugerowała, żeby będąc w Kasol pojechać do Malany rano, zrobić zaopatrzenie i wrócić po południu. Taki był mój plan. Pomyślałem, że ułatwię sobie życie i ponieważ dalej czułem się chory, to zamiast w pieszy trek, pojadę do Malany skuterem. Kiedy szukałem miejsca, w którym mógłbym wypożyczyć scootie liczyłem na krótką i przyjemną przejażdżkę. Wioska Malana była oddalona stąd zalewdwie o dwadziesieścia kilometrów. Gdy jednak powiedziałem w wypożyczalni, że planuję jechać do Malany na twarzy przyjmującego ode mnie pieniądze Indusa pojawił się niepokojący uśmieszek. Pokiwał głową i powiedział „very nice roads”. Na myśl o kolejnej podróży zakręconymi, górskimi drogami po ciele przebiegły mi ciarki. Za sobą miałem miałem już kilka dość traumatycznych podróży lokalnymi autobusami, ostatnio przewróciłem się na skuterze, a droga prowadząca do Malany miała być jeszcze bardziej wymagająca, niż te wcześniejsze. Wioska znajdywała się dość wysoko w górach, było niezbyt ciepło a w ostatnich dniach prawie codziennie padało. Brać skuter? Iść pieszo? W moich myślach zaczął pojawiać się zamęt. Z jednej strony miałem ochotę pojechać skuterem i coś sobie udowodnić, z drugiej strony nie były to warunki dla początkujących. W końcu podjąłem racjonalną decyzję. Powiedziałem, że rezygnuję, nie biorę skutera i proszę o zwrot pieniędzy. Proces obrażania się na świat się rozpoczął. W żalu i złości na samego siebie oddaliłem się od wypożyczalni pogrążając w coraz czarniejszych myślach. Myślałem tylko o tym, że znowu los rzuca mi kłody pod nogi. Że znowu jest coś nie tak. Że znowu nie przemyślałem wszystkiego odpowiednio głęboko. W dodatku po drodze spotkałem człowieka, który przyszedł do wypożyczalni zaraz po mnie. Zauważył, że wracam pieszo i ze zdziwioną miną zapytał dlaczego nie wziąłem skutera. Powiedział mi, że gdyby wiedział, że nie musiałby wypożyczać większego i droższego motocykla. Powiedziałem mu, że jeśli chce to może wrócić i go sobie wziąć, jeszcze bardziej zły na siebie i na to, że mój negatywizm teraz ściąga w dół także innych. Każdy kolejny fragment tej podróży był trudniejszy, niż zakładałem, a ja przestawałem już mieć na to wszystko siłę.

Kiedy ze sporym przyspieszeniem staczałem się w myślową przepaść idąc po ulicy samemu nie wiedząc gdzie,  jak dżin z butelki pojawił się obok mnie facet z wypożyczalni. Podjechał na motorze. Krzycząc i wymachując rękoma twierdził, że nie oddałem mu kluczyków. Sprawdziłem w kieszeniach – nic nie ma. Poczułem się jeszcze gorze, przekonany, że nie tylko ze względu na swój strach ominie mnie przygoda, ale też przez nieuwagę zrobiłem komuś problem.  Coś jednak delikatnie we mnie drgnęło i powiedziałem Indusowi, żeby zawiózł mnie z powrotem do wypożyczalni, że razem poszukamy kluczyków bo być może gdzieś tam leżą. Wsiadłem na siedzenie pasażera, a po kilku minutach byliśmy na miejscu. Kluczyki oczywiście leżały na biurku, pod stosem papierów. – Jednak wezmę ten skuter, powiedziałem trzymając się nadziei, że być może cała ta sytuacja nie zdażyła się przypadkiem. Tak czy inaczej dziesięć minut później po zatankowaniu baku do pełna byłem już w drodze do Malany, trzymając się jedynie nadziei, że teraz to już konieczność – teraz muszę dać radę. Po pierwszych w miarę spokojnych kilometrach droga zaczynała coraz bardziej wirować i piąć się ku górze. Raz na jakiś czas mijały mnie grupy niemieckich motocyklistów oraz lokalne taksówki. W końcu asfalt, mimo, że dziurawy, ale jednak asfalt, zastąpiło błoto i kamienie, a każdy kolejny kilometr wyglądał coraz bardziej surrealistycznie. W dodatku dotarło do mnie, że Malana znajduje się na 2700 metrów, a ja mam na sobie…plażowe szorty i sandały. 

Mój mechanizm przetrwania, a być może błogosławieństwa indyjskich bogów, jednak działał i w po około półtorej godziny przeprawy skuterem przez mocno offroadową trasę dojechałem do głównej bramy prowadzącej do wioski Malana. Po jednej stronie stał niewielki bar,
który w tym momencie wyglądał, jak oaza dla człowieka zagubionego na pustyni. Drewniano-blaszana budka miała rozwieszony na ścianie koc z wizerunek patrona konopi indyjskich – Lorda Shivy. Udało mi się w końcu zamówić pierwszy posiłek tego dnia, tost z jajkiem i hot ginger lemon tea. Shiva musiał mi sprzyjać.


– Come and join us!

Spotkałem się ze spojrzeniem i uśmiechem dwudziestoparoletniego Indusa, który nabiał właśnie tytoniem i haszyszem wielką fajkę, tzw. chillum. – To jest malana super cream, 7 tysięcy rupii za tolę (jakieś 350 zł za 10 gramów), powiedział dumny. – Najlepsza jakość, jaką możesz tu dostać. – Przeznaczona niemal wyłącznie na eksport!

– Czy to już Malana? – spytałem z nadzieją w głosie, że nie będę musiał iść jeszcze dużo dalej.

– Prawie. Wioska jest tam, trzeba jeszcze zejść do rzeki a później wspiąć się w górę. Jakieś półtorej godziny w jedną stronę.

Zaczynał wiać wiatr, a na niebie gromadziły się deszczowe chmury. Na stoliku przede mną leżał poszukiwany przeze mnie charas i to jeszcze w wersji premium. Przede mną wybór: albo palę faję z chłopakami, zaopatruję się na miejscu i wracam tą piekielną trasą upalony, albo…

– Jeśli idziesz do wioski, skuter możesz zostawić tutaj za jedyne 100 rupii – wyrwał mnie z myśli manager tego lokalu.

Nagle Indus podał mi rozpalony chillum. Do tej pory próbowałem może czterech lub pięciu rodzajów charasu pochodzących z regionu, ale ta odmiana zdecydowanie była w innej lidze. Działanie, chociaż intensywne, nie było jednak dla mnie przytłaczające. Nie wiedziałem tego wtedy, ale Malana Cream dwukrotnie (w 1994 i 1996 roku) zdobyła tytuł najlepszej odmiany haszyszu podczas organizowanego przez magazyn High Times pucharu Cannabis. Zasłużenie.




Mój umysł rozświetlił i nagle wszystko stało się proste i jasne. Nie mogłem przecież opuścić ziemi obiecanej zaraz po przybyciu. W dodatku jechanie po upaleniu byłoby nieodpowiedzialne. Zdałem sobie nagle sprawę, że jakimś cudem w moim plecaku znajdowały się również rzeczy niezbędne do przetrwania nocy – chociażby okulary, bluza czy ciepła czapka. Rozglądałem się dokoła i widziałem porośnięte roślinnością góry o ośnieżonych szczytach. Wzdłuż ścieżki prowadzącej do wioski rosły za to konopie. Tysiące konopi! To były najpiękniejsze rośliny, jakie kiedykolwiek widziałem. W większości niezbyt wysokie odmiany Cannabis Sativa, silne i tętniące energią, o fioletowym odcieniu kwiatów i tysiącach połyskujących w słońcu włosków pokrywających ich liście i kwiaty. To właśnie tam znajdują się największe ilości psychoaktywnego Tetrahydrocannabinolu (THC) i aromatycznych terpenów, z których później powstaje haszysz.



Z nazewnictwem konopi to ciekawa i wieloznaczna sprawa. Te odmiany konopi, które dzisiaj nazywamy Sativami pierwotnie nosiły nazwę Indica i desygnowały psychoaktywne odmiany rosnące na terenie Indii. Nazwę tę nadał tym roślinom w XVIII wieku francuski botanik Jean-Baptiste Lamarck. Konopie nazwane Cannabis Sativa przez niejakiego Carla Linneausa oznaczały pierwotnie rośliny występujące na kontynencie Euroazjatyckim używane głównie ze względu na właściwości swojego włókna. Dzisiaj w Polsce znamy je pod nazwą konopi siewnych. Jednak dawne podziały wyszły już z użycia, a ich pierwotne znaczenia uległy zmianie wraz z rozwojem nauki i krzyżowania poszczególnych rodzajów. Dziś przyjęło się, że kluczem do nazewnictwa jest działanie poszczególnych odmian, a nie ich geograficzne położenie. I tak odmiany Sativa (które kiedyś mogłyby być uznane za Indici😊) są stymulujące i pobudzające, podczas gdy działanie odmiany Indica jest przede wszystkim rozluźniające mięśnie i przeciwbólowe. W rzeczywistości prawda jest jeszcze bardziej złożona. Istnieją relaksujące Sativy oraz pobudzające Indici. Istnieje również cała masa hybrydowych odmian „gdzieś pomiędzy”, łączących najlepsze cechy obu odmian występujących w ramach gatunku Cannabis. O efektach konkretnej odmiany decyduje jednak nie jej taksonomia, ale zestaw unikalny zestaw kannabinoidów występujący w danej roślinie. Dwa najbardziej znane z nich to wspominane już psychoaktywne THC (Tetrahydrocannabinol) i niepsychoaktywne CBD (Cannabidiol), które wzajemnie równoważą swoje działanie. Poza THC i CBD wykryto ich do tej pory ponad 100 (według niektórych źródeł jest ich nawet 420). Kannabinoidy występują w różnych stężeniach i wzajemnie na siebie oddziałowywują prowadząc do efektu synergii działania. Haszysz produkuje się z tych odmian, które są bogate w THC, ponieważ to przede wszystkim Tetrahydrocannabinol jest odpowiedzialny za zmiany percepcji do których dochodzi po paleniu charasu. Powszechnie uważa się, że stężenia THC w haszyszu Malana Cream sięgają 30-40%. Dla porównania dostępna w Polsce medyczna marihuana ma stężenie THC na poziomie 19%.

Pogoda powoli zaczynała się psuć, więc czas było ruszać w drogę. Malana była co prawda odcięta od świata, ale podobno było tam kilka miejsc, w których można było zatrzymać się na noc. Stawiając krok za krokiem, przebijając się przez błoto, kamienie i okazjonalne kozie odchody trafiłem na trek, który po niecałych dwóch godzinach miał mnie doprowadzić do wioski.

Nieprzepuszczający zapachów i wodoodporny plecak od Reverly Supply pomógł mi w podróży

Na trasie niemal wszędzie rosły konopie, a ja nie byłem w stanie oderwać od nich oczu. Rośliny tętniły życiem, na co z pewnością miał ich wzrost w trudnych, zmiennych himalajskich warunkach. Dopiero kiedy przyjechałem w to miejsce zdałem sobie sprawę, jak wielki wpływ na finalny produkt ma typ gleby, nasłonecznienie, wilgotność powietrza i wysokość, na której rosną rośliny. To to, co w w odniesieniu do wina Francuzi określają jako terroir. To właśnie ten czynnik sprawia, że niektóre odmiany występujące w unikalnym klimacie są nie do podrobienia. Nawet przy zastosowaniu pochodzących z tych stron nasion to po prostu już nie będzie to samo. Słyszałem, że Malana Cream sprzedają coffee shopy w Amsterdamie, ale istnieje raczej niewielka szansa, że kupując haszysz występujący pod tą nazwą trafisz na autentyczny produkt.
 

Malana


Czułem się, jak w surrealistycznym śnie. Pochłonięty pięknem natury i wyjątkowością panującego tu mikroklimatu w końcu dotarłem do wioski. Domy dzieliły się na takie, które wyglądały na pół-gotowe i takie, które były w całkowitej rozsypce. W samej wiosce, tak jak na prowadzącej do niej drodze, niemal wszędzie rosły konopie: niskie, wysokie, wąskie i rozłożyste. Niektóre rośliny wyglądały jak małe drzewa pnąc się ku słońcu na ponad 3 metry.

Mimo tego, że potęga natury jest w tym miejscu wszechogarniająca, to niestety w wielu miejscach widać obecność człowieka. Nawet przy pobliskim wodospadzie piętrzyły się góry śmieci: torebek po chipsach, zużytych plastikowych butelek, papierków po batonikach i innych artefaktach kultury konsumpcjonizmu. Do tego widoku podczas wielomiesięcznej podróży po Indiach zdążyłem się już niestety przyzwyczaić. Nie rozumiałem wtedy i nie rozumiem dalej jak można znaleźć się w takim miejscu, zachwycać przyrodą, a później wyrzucić plastikową butelkę prosto w krzaki? Jednak tak, jak w wielu rozwijających się krajach brak solidnej edukacji w połączeniu z popularyzacją stylu życia opartego na konsumpcji doprowadził Indie do nienajlepszych rezultatów z punktu widzenia planety. W tym liczącym 1,3 miliarda ludzi miejscu przeważająca większość z nich ma bardzo złe nawyki, a wyrzucanie zużytych opakowań na drogę jest chyba najbardziej bolesnym z nich. No i kiedy ktoś wpadnie tu na pomysł, żeby postawić śmietniki? Jesteśmy gatunkiem, który stanowi dla nas samych największe zagrożenie. Góry śmieci znajdujące się przy wejściu do wioski mi o tym boleśnie przypominały.

 

Ze wszystkich budynków znajdujących się w wiosce w najlepszym stanie była drewniana świątynia. W Indiach koneserom konopi patronuje Lord Shiva. Shavaici traktują palenie konopi jako katalizator doświadczenia jednoczącego ich z boską energią Shivy. To jednak nie była świątynia Shivy. Społeczność Malany, jako jedyna grupa w całych Indiach, cześć oddaje bóstwu Jambu Devta. Co ciekawe, wiara mieszkańców Malany nie ma wyłącznie religijnego, rytualnego czy kulturowego znaczenia. Mieszkańcy są przekonani, że to właśnie Jambu Devta sprawuje faktyczną, administracyjną funkcję nad tym miejscem. Robi to osobiście kierując działaniami jedenastu delegatów rady miejskiej. Decyzje Jambu Devta nie podlegają dyskusji i są ostateczne. Jeszcze dwa lata temu Jambu Devta postanowił na przykład, że wszystkie dwanaście przybytków oferujących pokoje na wynajem w Malanie ma zostać zamkniętych, aby uchronić wioskę przed zewnętrznymi wpływami. „Bóstwo nie chciało aby ktokolwiek z mieszkańców wynajmował i pracował dla turystów, zabronił im tego.” – poinformował wówczas media reprezentant rady Bhagi Ram. Przypominając sobie o śmieciach przy wodospadzie trudno się dziwić decyzji bóstwa. Na szczęście dla mnie Jambu Devta w końcu nieco zliberalizował swoje podejście i dzisiaj w Malanie znowu można spędzić noc.

Można mieć wrażenie, że rządy Jambu Devty to dość autorytarny system. I tu kryje się niespodzianka. Struktura i prawo Malany, z naczelną rolą kierującego wszystkim bóstwa, powstał i funkcjonuje w oparciu o zasady demokratyczne i dwuizbowy parlament. Mieszkańcy są tak dumni z wyjątkowości panujących w Malanie zasad, że uznają się za najstarszą demokrację świata i potomków żołnierzy Aleksandra Wielkiego. Malanańczycy są również przekonani o czystości swojego aryjskiego pochodzenia i z tego względu nie wolno im wchodzić w kontakt fizyczny z turystami ani przedstawicielami innych wiosek. Kiedy kupuje się tu wodę w sklepie, pieniądze nalezy położyć na ziemi. Wszystko to sprawia, że pobyt w tym miejscu staje się jeszcze bardziej surrealistyczny i bardziej niż rzeczywistość przypomina szalony sen na jawie. I tak myśląc o wszystkim co mnie do tej pory spotykało podczas wielomiesięcznej podróży w Indiach, o wszystkich trudnościach, wzlotach i upadkach, wyzwaniach, górskich drogach, bogach i bóstwach, czekałem pod świątynią Jambu Devty, na człowieka który miał mnie poprowadzić do znajdującego się nieopodal Malana View Guesthouse. Marzyłem o Hot Ginger Lemon Tea, czymś do jedzenia i oryginalnym charrasie, który z sprawił, że tu i teraz nabierało jeszcze większego znaczenia, a szczególne wibracje tego miejsca jeszcze bardziej wzrastały w intensywności.

Ok. 3 nad ranem stało się jasne, że po raz kolejny zatrułem się indyjskim jedzeniem serwowanym w mojej noclegowni, czego rezultatem był brak snu i regularne wizyty w toalecie. Poranek następnego dnia również nie należał do najłatwiejszych. W całej wiosce padł prąd więc nie można było się nigdzie ogrzać, a temperatura spadła w okolice zera. Z innymi gośćmi siedzieliśmy przytuleni i owinięci w koce na tarasie patrząc na ośnieżone sześciotysięczniki w oddali. To był moment ciężki dla ciała, ale mimo całego wyczerpania w środku działo się coś wspaniałego i oczyszczającego. Pogoda nie wyglądała, jakby miała się szybko poprawić, dlatego spakowałem swoje zakupy i dobytek i po obowiązkowej sesji foto ruszyłem w powrotną drogę. Kiedy kilka godzin później znalazłem się w miejscu, w którym poprzedniego dnia zostawiłem skuter, zorientowałem się, że ktoś wziął sobie mój kask. Mój układ pokarmowy dalej się buntował, a do zestawu trudności doszły problemy z nieprzespaną nocą. Jednak mimo wszystko tym razem byłem zadziwiająco spokojny. Powoli dochodziło do mnie to co w kolejnych dnia stawało się coraz bardziej jasne: to nie przyjemności czy trudności w trakcie tej czy innej podróży definiują nasze doświadczenie, ale nasz stosunek do nich. To, czy jesteśmy je w stanie potraktować jako przemijające doświadczenia i przyjąć rzeczywistość taką, jaka jest, z uśmiechem na twarzy. Czy może dalej będziemy buntować się przeciwko temu czy innemu doświadczeniu mówiąc sobie, że “to przecież powinno inaczej wyglądać”?. Odpaliłem skuter i ruszyłem w powrotną drogę. Wiedziałem już, że cokolwiek by się nie działo dam radę i wszystko będzie OK. A trwające tygodniami rozwolnienie? No cóż, za luksus spróbowania najlepszego haszyszu świata w towarzystwie Jambu Devta trzeba było najwyraźniej zapłacić jakąś cenę.

***

Jeśli uważasz, że to co robię ma sens i chcesz osobiście przyłożyć się do powstawania kolejnych treści na blogu, będzie mi miło jeśli rozważysz objęcie mojej działalności osobistym patronatem. Dla patronów przygotowuję specjalnie, niepublikowane nigdzie indziej treści, dostęp do prywatnej grupy na jednym z komunikatorów, a także regularne konkursy z bajeranckimi gadżetami do wygrania (takimi, jak np. bezzapachowe pudełka na konopne akcesoria, susz CBD i inne). Wejdź na Patronite Poznaj Psychodelki i sprawdź co Cię tam czeka!

Categories
Uncategorized

My conversations with Ayahuasca, the mother of teacher plants

Since December 2015 there hasn’t been a single day that passed without reminding myself about what happened in the Chapada Diamantina National Park in Brazil. The vivid memory of drinking Ayahuasca in these mountains still makes me sentimental. I think it’s gratitude. 

I met the shaman in front of a supermarket. We were supposed to meet at 5, but he was late about a half an hour or so. Leo unexpectedly had to take his son back from school. He excused himself and invited me to sit down and tell why I wanted to undergo the ceremony. In my broken Portuguese I explained that I’m in a bit of a junction in my life , that past few months have been pretty hard on me. He asked me how I got to know him, I mentioned Facebook. He nodded, told it happened few times before and proposed that we see each other in two days. I should spend this time thinking about my intentions for the plant and eating healthy. “Vegetarian pizza is OK. We do it a little differently than in Peru. There’s no need to starve yourself. You will need energy”, he said.

Two days passed quickly and suddenly we were walking into the deep forest, passing water cascades and waterfalls, discussing economy, social policy and similar matters.  I told myself that if my guide is still in touch with everyday life, all is eventually going to be fine. I kept repeating that to calm myself down, as I knew that what I was about to experience is generally described as a life altering rite induced by one of the strongest psychoactive substances known to human kind. Ayahuasca is often considered the Mount-Everest of psychedelics. The problem was that I didn’t even climb a hill before.

The brew is also called The Vine of the Dead, Yage, Caapi or Vegetal. Most researchers agree that drinking this psychoactive tea is a ritual performed in the Amazon (Peru, Colombia, Brazil) that dates few thousand years back. Native people do it for healing, self-exploration and spiritual purposes. Its known for its capacity to uplift the consciousness, dissolve the Ego and make people confront their subconscious fears. It’s always an experienced shaman who leads the ceremony and works with the spirit of the plant for the benefit of those who dare to drink it.

The effects of Ayahuasca are due to a compound called dimetiltriptamine, commonly DMT. It is a neurotransmitter, most-likely present in our own bodies and some of the world fauna and flora. Supposedly our pineal gland releases DMT during birth, death and near-death, psychosis, and mystical experiences, as explains Rick Strassman, MD and the author of the famous book DMT: The Spirit Molecule. The effects of artificially created dimetiltriptamine are extremely short, lasting only 5 to 10 minutes. If you intake it in a form of Ayahuasca brew, which combines DMT with naturally occurring monoamine oxidase inhibitor (MAOI), they last about 4-5 hours.

This is pretty much all I knew when we finally found a shaded place, unfolded blankets and put them on wide, flat rocks, next to running water stream. As I was soon about to discover, the location was perfect. After meditating for about thirty minutes, Leo took out the brew and offered me a glass, followed by another one forty minutes later.

Nothing happened for the first half an hour. I was sitting with my legs crossed, a bit dizzy as I woke up with a sore throat and a running nose. He was sitting on another rock, few meters away, quietly reading the “Tibetan Book of the Dead”. At the time I didn’t know that it is one of the most famous Buddhist works describing transitioning trough life and death. The only thing I understood was an image of a skull on its cover. “It’s going to be fun” I told myself and hoped for the best.

About half an hour after ingesting the brew colors started to gain more depth. Leo begun quietly humming. Few minutes later I felt an actual presence of some sort of intelligent entity. Let’s call it the spirit of the plant. It felt like it was all around, summoned by his chants and the substance. I wasn’t hallucinating, but had a very strong sensation that something is already here. It was just about to take full control of my mind. I would compare the sensation to a feeling that you may have experienced, when you perhaps at some point felt that someone is watching you from the back.  Words fail to describe what happened next, but I will do my best.

The first thing I noticed was the power of this surrounding spirit. It was tremendous, exuberant, savage; wild like a lion with a muzzle covered in a fresh and warm blood of his prey, looking straight into your eyes. I could try to resist it and fail or accept and see what it had to offer. As this was the ultimate goal of the whole experience, I tried to let go. I lied down and closed my eyes. What I saw was plentiful of animal-like entities, predators, calling me to join them. Every time I’d open my eyes I was back in the forest, but everything was different. It felt like taking off scratched and dirty glasses. The nature was all alive and looking at me. Every plant, every tree, every rock, water running in the stream – it all suddenly became conscious. I had control over my body, but the Ego somehow diluted. I felt that a spirit of a snake possessed me. I became much more then my physical self. Leo was sitting still and chanting quietly with his eyes closed.

In the next few minutes I heard a woman’s voice. It felt as it was my own intuition speaking. She asked me to get up and take few sips of water. That’s what I did and after maybe one more minute I felt nauseous. I turned away, still lying on the rock, I put my head down and started to vomit into the running water stream. Things were coming out of me with immense power. I realized this is the part of the experience and the way the plant works to cleanse you from old emotions, anxieties and illnesses, things that should be let go of. When I was hanging and vomiting, I suddenly saw Leo’s face. He was asking if I’m allright. I remember showing my thumbs up and continued.

Once this was over, I came back refreshed and carried on this crazy ride. This is when the plant begun to be really hard on me. One of the things it made me experience was the suffering of the world: wars, racism, xenophobia and other illnesses of today’s society. It felt like it was Ayahuasca’s way to tell me “It’s OK to ask for an improvement in your own life, which is why you’re came to meet me, and we will do it in a second, but first you need to become aware of how the world is today and become compassionate with all who suffer”. I felt like Virgil from Dante’s Divine Comedy, going through hell and watching all this demon-like entities suffer. The hard part came from the fact, that not only I was seeing them, but experiencing the pain in my own mind. I thought my brain would explode. It was a horrifying nightmare. I was sweating all over my body, my heart-rate went up and I remember holding my head between hands and telling myself that this all is not possible to handle for much longer. It finished as soon as I reached my mental limits and said to myself “that’s enough, I can’t take it anymore, get me back from here”.

Soon after that finished, some personal realizations started to appear, one after another. I asked the question, the plant answered. It was instantaneous. The answers seemed obvious, simple but profound. They concerned relationships with people I’m close with, professional life and other matters. I can say they were very practical, pragmatic and solution based. All that I asked for, came to me in one way or another. It didn’t come in form of words though. It was pure information downloaded from what Jung would perhaps call the collective subconsciousness. It was a spiritual, but at the same time purely practical consultancy, at least it felt that way. I would simply put my hand on the rock, focus and wait for the rock tell me something. I could just look at the tree and wait for its guidance. This conversation with nature spirits about behavioral patterns that I need to change to make life more fulfilling lasted perhaps for the next two hours.

And then I died.

Well, of course I didn’t die. But it felt like dying and coming back to life again. Reborn strong, pure, open and savage. It felt like nothing can ever be the same again. My heart opened and filled with joy, compassion and love so overwhelming that I realized, that after all, it is a beautiful and heavenly place, this world we share together. I felt purified and healthy in my every bodily cell. The illness I woke up with in the morning was gone. The nature looked astonishing, interdependent, pulsing with life. And I was a part of it, wow! I realized that we are domesticated animals, that at the core our hearts are wild, like those of Jaguars hiding and hunting in Brazilian forests. We need to be strong and fight for whatever our cause is, but deep down there is this invisible loving bond that keeps us all bound together. When I took a breath it felt like breathing truly for the first time. It was the most beautiful and exhilarating feeling I have ever experienced.

It’s easy for me to try not to sound ridiculous and say that the neurotransmitter called dimetiltriptamine, the active ingredient in the brew, triggered a reaction in my brain that tricked me into thinking that I was actually leaving my body, seeing different dimensions and encountering spirit entities. But as ridiculous as this may sound, once you actually are under the influence of Ayahuasca and later back on the planet Earth with your feet firmly on the ground, you feel like this experience is more real than real.

Ayahuasca feels way beyond your mind, beyond your brain and beyond science, which by the way fails to explain it. There is so much we don’t know about our brains that we can easily argue if all this is actually real or only a story that those who drink it tell themselves. I understand and respect that opinion. But believe me, it really does feel sacred. It’s simply like your brain switches frequencies to tune in some other reality, for the lack of better words, and downloads the knowledge straight into your essence. Putting this knowledge in real life is where the work continues. This is called integration and is the most important part of the experience.

37d3d07d49aeeae5a65f6bfbbeaa663d
The lion, which ended up tattooed on my forearm after the experience

So what’s the follow-up, you might ask? Well, even tough I eventually touched down and came back to normal, everyday life, after these four months that passed from the experience I can say that all that I heard from the plant, turned out to be true. The solutions I applied have worked. I feel lighter, happier and certainly stronger. My personality didn’t change, I still am who I was before this experience. But somehow I feel more integrated, more in touch with myself. My procrastination level decreased and my relationship with alcohol is definitely way healthier then before. I spoke to people who I didn’t talk to for years. I tend to judge others way less than I used to and the bar I put for myself is higher.

Every night when I go to sleep I tell myself that in one way or another, life always puts in front of us all the things that we need. Just like it led me to this experience, it might be leading you to a different one right now. Everyone has its own path to walk. Drinking Ayahuasca is a very personal choice that I’m convinced can be beneficial if you approach it with humility, intention and respect. But it’s by no means necessary to live a happy and fulfilling life. For that you don’t have to fly to the Amazon, you don’t have to subscribe to Yoga classes, you don’t have to be anything else that you already are. Bells and whistles aside, what the plant really does is simple. It slaps you in the face, so that you wake up and apply the knowledge that you were born with.

Just look inside your heart.

Categories
Uncategorized

Ayahuasca wzywa, świat nie reaguje

Miejsce, z którego przychodzi do nas Ayahuasca ze swoim proekologicznym i proświadomościowym przesłaniem spala się na naszych oczach. To najgorszy okres w historii tego świętego miejsca. Las spala się z prędkością 10 tysięcy metrów kwadratowych na minutę. Pożar jest podobno tak wielki, że widać go z kosmosu. W tym poście dowiesz się prawdy nt. tego dlaczego to się dzieje, oraz co możesz zrobić, żeby pomóc.

Co jest w tej sytuacji najgorsze? Amazonia pali się nie dlatego, że lato jest gorące (w Brazyli teraz jest zimna). Do tej pory – jak donosi Polityka zlokalizowano 9500 pojedynczych wybuchów ognia. Ktoś ją podpala. W tysiącach miejsc naraz. To o 84% więcej pożarów niż w zeszłym roku.

Zastanawiałeś się dlaczego ludzie mieliby podpalać las?

Kiedy Jair Bolsonaro walczył o władzę w wyborach prezydenckich miał na szachownicy taki układ: kochany przez wszystkich prezydent Lula, jak i jego poplecznica Dilma Roussef zostali spuszczeni w sedesie historii wraz z tzw. aferą Petrobrasu i w końcu pojawiła się szansa na przejęcie władzy przez kogoś niezwiązanego ze skompromitowaną “partią pracujących” (na Netflixie jest o tym dobry serial “O Mecanismo” – generalnie chodziło o pranie milionów publicznych pieniędzy w ogarniającej cały kraj, skorumpowanej ośmiornicy obejmującej niemal wszystkich urzędników najwyższego szczebla.). Jair budził się rano, nakładał krem do golenia, patrzył w lustro i myślał: “Kraj potrzebuje kogoś nowego. Kogoś z innej strony sceny politycznej. Twardego i bezwzględnego.Kogoś takiego jak ja”.

Wsparcie wszystkich największych i najbardziej smrodliwych korporacji pomogło mu spełnić tę ambicję. Kandydując na prezydenta Brazylii od samego początku był pozbawiony złudzeń. Wierdział, żebędzie uwikłany w rozgrywki z potworkiem składającym się z konglomeratu różnych interesów, politycznych wpływów i kapitału płynącego do kraju z dalekich miejsc. Od spełniania potrzeb tych ludzi zależał sukces w polityce. “Tak to się to zawsze robiło” – mówił wiążąc krawat przed spotkaniem z kolejnym biznesmenem.

Firmom, które sypnęły groszem na jego kampanię, poobiecywał, że jak zostanie prezydentem to na pewno nikt im nie będzie rzucał kłód pod nogi. Jeśli będą chcieli wyrżńąć trochę dżungli, to wyrżną. Jeśli będą cheili ją przerobić na kolejne pastwisko, kopalnię, czy co kto tam chce, to przerobią. “Mamy w końcu tego dużo”.

A teraz płonie dżungla. Bolosnaro spłaca swój dług.

W międzyczasie zyskiwał kolejnych wpływowych przyjaciół, tym razem z dalekiego wschodu. Z carami Rosji miał dużo wspólnego. Zamiast zajmować się budowaniem normalnego państwa woleli pracować nad własnym majątkiem i bawić się w wojnę. Bolsonaro, były wojskowy, świetnie dogadał się z Putinem, który też lubi sobie postrzelać. Przyszedł długo oczekiwany sukces. Pachniał jak wysokonogie blond modelki, a smakował jak zimny szampan. No i ten wspaniały kawior z Bieługi.

Niestety Vladimir wpętał się w wojnę. A technicznie rzecz ujmując napadł Ukrainę. A jak się kogoś napadnie, to czasami społeczność międzynarodowa się jednak buntuje i wprowadzi jakieś embargo. A z tego mogą zacząć się problemy z gospodarką, która i tak już ledwo dycha, bo w przeciwieństwo do arcybogatych oligarchów zwykłym ludziom i w Rosji i w Brazyli żyje się źle.

I teraz dochodzimy do sedna sprawy. Pojawia si ę okazja na biznes.

“Nic to embargo, nie ma co się martwić!” – pomyślał taki Vladimir. “Można dogadać się z Jairem, w końcu nasza armia botów pomogła mu wygrać w wyborach. Nie możemy handlować ze światem? Będziemy handlować z Brazylią. A dżungla? W Rosji mamy piękną Tundrę, po co tu komu jaka dżungla. Dymitr, polej!”

I tak kolejne połacie lasu deszczowego są wypalane pod…pastwiska dla bydła. Żebyśmy mogli zjeść jeszcze więcej mięsa. To na nich jedne firmy jedne firmy będą hodować krowy, a inne – związane jak donoszą pewne źródła z panem Miedwiediewem – zajmą się eksportem. Będzie więcej szampana, więcej kawioru i więcej modelek. A później udusimy się wszyscy.

Skala pożarów w tym roku w regionie Amazonii jest bezprecedensowa. Las płonie, by zrobić miejsce dla pastwisk bydła.


Wiem, że na Giewoncie strzelił piorun, osoby zginęły i jest to wg. mediów tragedia, ale tu mamy PRAWDZIWĄ tragedię, która dzieje się na naszych oczach. Najbardziej cenny zasób naturalny naszej Matki Ziemi płonie w najszybszym od początków ludzkości w tempie. Dżungla to nie tylko “jakieś rośliny”, ale to przede wszystkim życie w całej swojej różnorodności i okazałości. Gdyby nie Brazylia to Karol Darwin nie mógłby stworzyć teorii ewolucji. Nigdzie na świecie bogactwo i różnorodność organizmów nie jest tak duża, jak tam – co pozwoliło fundament swojej teorii – świat żyje, a wszystkie żywe organizmy są znjadują się w ciągłym procesie zmiany i przeobrażeń.

I to pierwotne, pełne życia miejsce płonie w cieniu szalonego człowieka.

Możemy oczywiście się na to wkurzać, ale pewnych rzeczy nie zmienimy. Tu w Polsce mamy mały wpływ na wybory w Brazyli, trudno jest nam pokazać sprzeciw nawet jeśli się z tym wszystkim zgadzamy – możesz sobie pomyśleć. Rozumiem to doskonale i też często tak mam. Ale akurat nie tym razem.

Wiecie, przypomniał się trip na grzybach.

Miałem wizję, w której jeden wielki kolektywny cień ludzkości – wszystko co w nas chujowe i złe – uprzedmiotowiło się w mojej wyobraźni w potać wielkiego psa. Pies łaził po świecie siejąc w nim chaos i zniszczenie. “Co on tam próbuje zeżreć?” Mówię do siebie w wyobraźni i nurkuję, żeby z bliska zobaczyć jak wygląda pożywienie tego ociężałego, obrzydliwego psiska. Co tam widzę? Nasz śmieci. Odpady z naszego życia. Wyrzucone na plaże plastikowe butelki. Plastikowe tacki po mięsie. Były tam wypierane emocje, które zdają się teraz rządzić światem: nienawiść, chciwość, złość i ignorancja. Ale najważniejsze – to były nasze odpady. Życiowe i emocjonalne odpady zwykłych ludzi. Indywidualny, nieuświadomiony cień każdego z nas – karmi psa który chodzi po świecie próbując go zniszczyć rękami takich ludzi jak Jair Bolsonaro, Trump czy ten wariat z Korei Północnej.

Ale jest też w tym element światła.

To, że pies żywi się naszym indywidualnym brakiem świadomości oznacza, że jest od nas zależny. Im więcej ma żarcia, tym bardziej rośnie w siłę. Z drugiej strony im więcej świadomości w życiu każdego człowieka, tym słabszy i wątlejszy jest pies. Jak tak sobie nurkowałem po jego wnętrznościach, to wiece co jeszcze zobaczyłem? Pustkę.

Czasami wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić. Ale wtedy przypominam sobie o psie. I przypominam sobie, że to właśnie indywidualna zmiana leży u podstaw jakiejkolwiek formy oporu wobec tego psa na kolektywnym poziomie. Nieważne czy jesteś w Brazyli, Stanach, w Polsce czy na Białorusi. Jeśli będziesz potrafił/potrafiła sprawić, że w Twoim życiu na jakimś poziomie będzie więcej świadomości to ta zmiana będzie miała globalne znaczenie. Jak można to zrobić? Na przykład ograniczając spożycie mięsa. Spójrzmy prawdzwie w oczy – gdyby nie globalny popyt na wołowinę w niespotykanej i niezdrowej skali to ten problem by nie powstał. Popyt jest kreowany na całym świecie, nie tylko w Brazylii czy Rosji, ale także w Polsce.

I tu płynie druga lekcja pochodzącego z amazońskiej dżungli lekarstwa dla naszej duszy: to co robisz, jak żyjesz i jakie masz nawyki, ma znaczenie.



Co chce nam powiedzieć Ayahuasca? Że wszyscy jesteśmy ze sobą połączeni i razem, jako jeden z wielu gatunków zamieszukujących tę planetę, odpowiadamy za nasze wspólne powodzenie lub porażkę. Jedynym wyjściem jest zagłodzić psa na śmierć. Wyciągnąć wtyczkę z kontaktu bezmyślnej konsumpcji. I wierzyć, że się uda.

Co możesz w takim razie zrobić, żeby pomóc sprawie?


1. Ogranicz spożycie wołowiny.


Bez względu na to skąd pochodzi wołowina jej hodowla na masową, przemysłową skalę, ma katastrofalne skutki dla klimatu m.in. poprzez emisję gazów cieplarnianych. Kryzys w Brazyli dzieje się w dużym stopniu dlatego, że istnieje dzisiaj na świecie duże zapotrzebowanie na wołowinę. Nie trzeba od razu zostawać weganinem, żeby przestać godzić się z tym systemem który opiera się na niewiarygodnym cierpieniu hodowlanachy zwierząt. Nie trzeba od razu zostawać weganinem, żeby przeciwko temu zaprotestować. Wystarczy ograniczyć spożycie, to już jest coś, to już jest jakaś mała zmiana. Suma tych małych zmian na świecie daje duży efekt, chociaż na co dzień oczywiście tego nie widzimy uważając, że nasze codziennie wybory nie mają znaczenia. Za pomocą psychodelików możesz jednak spojrzeć przez tą iluzję i przekonać się czy to prawda.


2. Wesprzyj jedną z organizacji pozarządowych, które są na pierwszej linii frontu walki z Babilonem


Spójrzmy prawdzie w oczy – walka z interesami wielkich korporacji i korupcją na tym szczeblu nie wydaje się możliwa na pierwszy rzut oka. A jednak są ludzie, którzy to robią, którzy są na pierwszej linii frontu i prowadzą tę walkę. Jednak potrzebują zasobów aby prowadzić tę walkę, bo po drugiej stronie są ludzie którzy mają bardzo dużo władzy i pieniędzy. I nie warto takiej partyzanckiej walki NGOsów na pierwszej lini frontu skazywać od razu na przegraną. Było w historii wojennej wiele przykładów na to, że pozornie słabszy obalił mocniejszego przeciwnika, ponieważ działał w oryginalny i nieprzewidywalny sposób. Strategia z którą takie wielkie konglomeraty mają i zawsze miały największy problem to strategia walki partyzanckiej. Przekładając na nasz przykład – to strategia angażowania zwykłych ludzi na rzecz globalnej zmiany. Siedzimy w Polsce i wydaje nam się, że nie możemy pomóc, ale możemy przelać nawet niewielką kwotę na konto organizacji, która prowadzi tę walkę i jeśli ma chociaż wygrać kilka bitew to potrzebuje wsparcia zwykłych ludzi z całego świata. A konkretnie kogoś takiego, jak Ty.

P.S.
Ja wybrałem organizację Rainforest Trust  – organizację której praca polega na wykupywaniu dżungli i chronieniu tych obszarów przed mackami zła przy zaangażowaniu lokalnych społeczności.

Categories
Uncategorized

Co się dzieje z Fundacją FNDN?

Cześć psychonauci i psychonautki,

Jak część z Was pewnie wie, postanowiłem jakiś czas temu zarejestrować w Polsce Fundację na Rzecz Dekryminalizacji Narkotyków. Dekryminalizacja posiadania jasno określonych ilości substancji psychoaktywnych na własny użytek może przynieść wiele korzyści zarówno z perspektywy ochrony zdrowia, jak i sprawiedliwości społecznej i byłoby dla WSZYSTKICH lepiej, gdyby tak właśnie w Polsce było.

Po stworzeniu statutu Fundacji, powołaniu władz i dopełnieniu wszelkich niezbędnych formalności (Fundacje i Stowarzyszenia rejestruje się w Krajowym Rejestrze Sądowym, w skrócie KRS) cierpliwie czekałem na wpis do rejestru. Taki wpis umożliwia formalne rozpoczęcie prowadzenia działalności.

Po kilku tygodniach przyszedł do mnie jednak list, w którym referendarz sądowy odpowiedzialny za przeprocesowanie mojego wniosku pisemnie oświadczył, że taka fundacja nie moż   zostać zarejestrowana, “ponieważ jej cele statutowe nie są gospodarczo i społecznie użyteczne.” Kiedy przeczytałem ten list, to mnie na początku zamroziło. Jak to cele Fundacji nie są użyteczne? Jak to nie może być zarejestrowana? To właśnie po otrzymaniu tej decyzji opublikowałem podcast, w którym dokładnie opowiedziałem całą sytuację. Nawet udało mi się uwiecznić moment, w którym otwieram ten absurdalny list.

Szybko stało się dla mnie jasne, że powyższa decyzja była uwarunkowana osobistymi przekonaniami określonego sądowego referendarza, a nie faktycznymi przepisami prawa. W Polsce naturalnie mogą przecież działać organizacje w sferze polityki narkotykowej i szkoda, że nie wszyscy urzędnicy to rozumieją. Nie ma co się jednak irytować – to w końcu nic innego, jak efekt lat indoktrynacji i antynarkotykowej propagandy.

Nie było więc dla mnie wyjścia innego, jak odwołać się od decyzji referendarza, za co – warto wspomnieć – musiałem zapłacić kolejne 100 zł (koszt samej rejestracji, który musiałem ponieść mimo braku wpisu to 250 zł).
Odwołanie złożyłem w formie skargi do rozpatrzenia przez sąd. Teraz pozostaje mi jedynie cierpliwie czekać na decyzję sędziego, który będzie w tej sprawie rozstrzygał.

Poniżej możecie się zapoznać ze złożonym przeze mnie odwołaniem, wraz z uzasadnieniem.

Będę Was informował o dalszym przebiegu tej sprawy. W międzyczasie ja nie próżnuję i przygotowuję kolejne podcasty (możecie ich słuchać na YouTube, Spotify i Apple Podcasts) oraz nagrania wideo. Możecie mnie teraz również znaleźć na IGTV, czyli Instagram TV (wystarczy, że śledzicie mnie na Instagramie, żeby oglądać filmy na tej platformie).

Categories
wywiad

Kiedy policjant mówi “zalegalizujmy narkotyki”, warto posłuchać. Wywiad z szefem Policji.

Peter Muyshondt jest szefem operacji policyjnej jednostki w Antwerpii. Pod swoim nadzorem ma zespół oficerów, który na co dzień zajmuje się zwalczaniem przestępczości narkotykowej. Mimo, że jest na pierwszej linii frontu wojny z narkotykami, mówi jasno – ta walka nie ma sensu.

W swoich książkachi wystąpieniach Peternie pozostawia suchej nitki na obecnym prawie. Musimy w końcu przestać karać więzieniem użytkowników substancji psychoaktywnych. Kryminalizacja narkotyków rodzi korupcję i niesprawiedliwości – mówi prosto z mostuPrzekonuje media i polityków, że osoby, które mają z narkotykami problem (ok. 10% użytkowników wg. opinii ekspertów) powinny mieć zapewniony dostęp do miejsc, w których mogą robić to bezpiecznie i uzyskać potrzebną pomoc. Mimo ostrego krytycyzmu działań policji, Peter dalej kieruje lokalną jednostką w belgijskim mieście Brecht. Taka historia nigdy nie zdarzyłaby się w Polsce.

PoznajP:Peter, jesteś policjantem i chcesz zalegalizować narkotyki. Ludzie spadają z krzesła, kiedy im to mówisz?

Peter Muyshondt:
 
Patrzą z niedowierzeniem tylko przez pierwsze kilka minut. Rozumiem, że to na początku może brzmieć dziwnie, ale kiedy moi rozmówcy poznają całą historię, już przestaje być takie dziwne. Po paru chwilach to, co zaczyna dziwić to to, że obłudna wojna z użytkownikami narkotyków cały czas się toczy.

W jaki sposób walczysz o zmiany w prawie?

Mówię o problemie w belgijskich mediach, a także zwracam się do polityków. Pomagam ludziom, którzy dziś są w sytuacji, w której sam kiedyś byłem (syn lub córka jest ciężko uzależniony od substancji). Każdego tygodnia chodzę wspinać się z młodymi ludźmi, którzy są na odwyku. Piszę też książki i reprezentuję na forum międzynarodowym organizacje takie jak Anyone’s Childalbo LEAP(Law Enforcement Against Prohibition / Służby Mundurowe Przeciwko Prohibicji).

1*bPiV3U-qKmfKJb8WlOKCXQ

Dlaczego zdecydowałeś się zabrać tak odważny głos w sprawie?

Robię to, co muszę. Mój brat zginął w wyniku wojny z narkotykami. Moja rodzina została niemal zrujnowana z tego samego powodu. Ja sam pracuję dla organizacji, która stanowi dużą część problemu. Kiedy będę na emeryturze chcę móc spojrzeć wstecz i powiedzieć sobie, że zrobiłem wszystko, co było legalnie możliwe, aby zmienić sytuację.

Mimo otwartego krytycyzmu działań policji, dalej tam pracujesz, a w ramach swoich obowiązków zawodowych zwalczasz narkotykowe podziemie. Nie ma tu żadnego konfliktu?

Zajmuję się zarządzaniem ludźmi, co sprawia, że robota jest trochę łatwiejsza. Ale tak, trochę z tym problemu jest. Nie jest to jednak problem ze zwalczaniem narko-gangów, ponieważ one zatruwają nasze dzieciaki i są agresywne. Mam za to problem z brakiem jakiejkolwiek odważnej krytyki obecnego systemu ze strony ministerstwa sprawiedliwości i Policji. Nikt nie ma tam na tyle jaj, żeby powiedzieć, że w końcu trzeba wziąć się do roboty i wprowadzić rozwiązania, których celem będzie faktyczne zwiększanie bezpieczeństwa ludzi. Obecny system gwarantuje jedynie zagrożenia dla zdrowia publicznego i korupcję funkcjonariuszy.

maxresdefault
Racjonalny, niedosłyszany głos w europarlamencie

Jak twój stosunek do tego tematu zmienił się przez lata?

Byłem przeszkolony, żeby walczyć w tej wojnie i w niej walczyłem. Robię to dalej każdego dnia. Pracowałem w wydziałach dochodzeniowych i jednostkach specjalnych. Jednak nawet wtedy, kiedy mój brat jeszcze żył, ponosiliśmy straszne koszty tej walki. Już wtedy moja wiara w system została mocno nadwyrężona. Wszystko stało się oczywiste, kiedy zmarł mój brat. Wtedy skontaktowałem się z kilkoma organizacjami, takimi jak Transform. Ich przekaz miał sens. W końcu sam zacząłem się publicznie wypowiadać w temacie na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Co dokładnie sprawiło, że przekonałeś się, że przepisy kryminalizujące korzystanie z substancji, przynoszą więcej krzywd, niż korzyści?

Mój brat nie mógł otrzymać pomocy, która mogłaby ocalić mu życie. Co więcej, mimo kryminalizacji, handel narkotykami nie spadł ani trochę. Na czarnym rynku sprzedaje się substancje z niezwykle groźnymi dodatkami (np. Fentanyl), a cały system tworzy doskonałe warunki do korupcji oficerów Policji.

Czy Twoi kumple z pracy też uważają, że system jest nieefektywny i niemoralny?

51d2g1c8AUL
Polityka speedu, to książka o doświadczeniach
Petera. Niestety tylko w j. niderlandzkim.

Niektórzy z nich tak, ale nie chcą o tym otwarcie mówić i ja to rozumiem. To, czego nie rozumiem to to, że szefowie policji nie prowadzą na ten temat dialogu z władzami wskazując na nieefektywność obecnych regulacji. Zmiana tych przepisów uwolniła by niezwykle dużo zasobów ludzkich w samej instytucji. Z drugiej strony myślę, że to dokładnie z tej przyczyny nic się nie zmienia. Dla policji taka wojna z narkotykami to bardzo interesujące narzędzie…

Jeśli mógłbyś dzisiaj wywołać jedną zmianę, co by to było?

W krótkiej perspektywie wprowadziłbym pomieszczenia do bezpiecznego przyjmowania substancji i obowiązkową opiekę medyczną dla osób uzależnionych. W dłuższej perspektywie należy poddać regulacji wszystkie substancje. I nigdy więcej więzienia dla osób, które coś biorą.

W Polsce praktycznie wszystkie substancje, poza alkoholem i nikotyną, są zakazane. Młodzi ludzie coraz częściej sięgają po dopalacze, bo z obawy przed policją nie mogą zapalić jointa. Czy jest coś czym chciałbym się podzielić z kolegami po fachu z Polski?

Zacznijcie patrzeć na osoby, które korzystają z narkotyków, tak jak na wszystkich innych. Jeśli pijesz alkohol, to znaczy, że również używasz narkotyków. Ci, którzy sprawiają przy tym problemy lub są uzależnieni, potrzebują medycznej pomocy. Problematyczne używanie narkotyków to najczęściej próba samoleczenia problemów psychologicznych. Takim ludziom nie pomaga więzienie. To może zdarzyć się każdemu. Nawet twojej córce, twojemu synowi.

***

Wojna z narkotykami to stale obowiązująca, archaiczna polityka której spiritus movens jest stawianie zarzutów kryminalnych osobom, które korzystają z substancji psychoaktywnych. Te zasady nie mają naturalnie żadnych podstaw naukowych, będąc czysto ideologicznym totemem korporacyjnych interesów (vide kampanie firm farmaceutycznych przeciwko medycznej marihuanie) i ignorancji decydentów, którzy wychylając kolejny kieliszek wódki wierzą, że sami nie biorą narkotyków i ich problem nie dotyczy. Czas otworzyć oczy – problem dotyczy wszystkich. Wojna z narkotykami to nie wojna z grupami przestępczymi w imieniu porządku, ale wojna z własnymi obywatelami, którym odmawia się pomocy, której potrzebują. Wojna z narkotykami to również naukowa cenzura i blokowanie innowacji w psychiatrii, a także wymarzona przestrzeń do rozkwitu grup przestępczych i korupcji. W Polsce przepisy te są ustanowione w ramach ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii. 

Categories
poradniki

Jak korzystać z grzybów psylocybinowych?

Pamiętacie, jak Muniek Staszczyk śpiewał “jest super, jest super, więc o co ci chodzi?”. O coś jednak chyba chodzi, bo według oficjalnych statystyk z problemami takimi jak depresja, stany lękowe czy uzależnienia mierzy się ponad 6 milionów Polaków.

Jeśli chodzi o powszechną praktykę radzenia sobie problemami natury psychologicznej to zasadniczo lekarze przepisują antydepresanty. Teoria jest taka, że standardowa medyczna procedura nie istnieje, bo każdy to inny płatek śniegu i wszystko opiera się na kwestiach indywidualnych. Realia są takie, że większość osób kończy na silnych lekach psychotropowych.

tumblr_o902wqay0v1rl5twmo1_500
“Bądź uśmiechnięty, bierz legalne narkotyki”

Lekarze przepisują przeważne dwie klasy narkotyków, ups przepraszam, leków:
1. Leki typu SSRI, takie jak np.   Fluoksetyna (Prozac), na depresję oraz  2. Benzodiazepiny (Alprazolam, Estazolam, etc.) na stany lękowe i sen. Te drugie mogą przepisać nawet interniści. Niestety skuteczność antydepresantów graniczy z placebo, a wychodzenie z takiego uzależnienia od benzodiazepin to wielomiesięczna batalia. Ponadto istnieje bardzo długa lista niefortunnych “efektów ubocznych” leków psychiatrycznych – od kompletnej zmiany osobowości, po występowanie myśli samobójczych.

Klasyczne leki antydepresyjne typu SSRI opierają się na założeniu, że źródłem depresji jest brak równowagi chemicznej w mózgu, modulując tym samym poziom serotoniny w centralnym układzie nerwowym. Ta teoria jest jednak coraz częściej podważana. Sami psychiatrzy, przynajmniej ci z szerszymi horyzontami, doskonale o tym wiedzą. Jednak leczenie depresji od lat stoi w impasie ponieważ rozwój nowych leków i terapii jest blokowany przez rząd przez ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii.

W tej sytuacji zupełnie naturalne wydaje się, że rośnie liczba osób rozczarowanych konwencjonalnym podejściem do leczenia chorób cywilizacyjnych. Ludzie niekoniecznie chcą być pionkiem w grze interesów firm farmaceutycznych, biernych polityków i konformistycznego środowiska lekarskiego. W związku z powyższym coraz więcej Polek i Polaków decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce i zjeść magicznego grzybka – to przynajmniej działa. Wiedzą to nawet w Ministerstwie Zdrowia.

badanieMZ.png
Fragment listu otrzymanego z Departamentu Zdrowia Publicznego Ministerstwa Zdrowia, otrzymany w odpowiedzi na petycję dotyczącą dekryminalizacji Psylocybiny w Polsce

W związku z powyższym powstał niniejszy przewodnik po grzybach zawierających psylocybinę. Jeśli już ktoś decyduje się się na spożywanie grzybów, powinien wiedzieć, jak zrobić to bezpiecznie.

Muszę przy tym poinformować czytelników, że odradzam konsumpcję grzybków osobom cierpiącym na depresję czy inne dolegliwości natury umysłowej, chyba że dzieje się to pod odpowiednim nadzorem i w zgodzie z lokalnym prawem. Ponadto trzeba zauważyć, że leki typu SSRI (większość klasycznych antydepresantów) w znacznym stopniu osłabiają działanie zawartej w grzybach psylocybiny. W związku z tym takie doświadczenia są możliwe jedynie po dłużej przerwie od odstawienia antydepresantów – co oczywiście nigdy nie powinno się dziać bez nadzoru lekarskiego.

Mimo, że spektakularne wyniki badań przytaczane m.in. przez polskie Ministerstwo Zdrowiawskazują, że psylocybina może w przyszłości zastąpić klasyczne antydepresanty i pomóc w walce z uzależnieniami, należy pamiętać, że doświadczenia, które stanowiły bazę tych wyników odbywały się w kontrolowanych warunkach, pod medycznym nadzorem i przy zachowaniu pełnego protokołu bezpieczeństwa.

Faktem pozostaje przy tym, że grzyby psylocybinowe były z powodzeniem używane przez ludzkość od tysięcy lat. Przez antropologów, botaników i religioznawców są uznawane za najstarszy środek halucynogenny używany przez ludzkość, oferujący podróże dużo ciekawsze niż te do bułgarskich Złotych Piasków. Ponadto w ostatnio przeprowadzonych badaniach zdobyły również tytuł najbezpieczniejszej substancji psychoaktywnej świata.

1. Substancja

IMG-3005.jpg
Ususzony Psilocybe Cubensis

Wszystko fajnie, ale pewnie zastanawiacie się zapewne skąd wziąć grzyby, żeby w ogóle mieć możliwość przejścia przez takie doświadczenie?

Pamiętacie, jak mówiłem, że mamy w Polsce dziurawe prawo? Zupełnie legalnie możecie kupić sobie tzw. growkit w ciągu 2-3 tygodni wyhodować swoje własne psylocybinowe grzybki. Zamówienie takiego growkita jest w pełni legalne. Kiedy grzybki wyrosną, wszystko przestaje być już niestety zgodne z polskim prawem.

Można też zrobić wszystko po bożemu, czyli w zgodzie z lokalnym prawem i wybrać się na wycieczkę do Czech, Austrii, Portugalii, Holandii, Kanady lub Brazylii – tam za posiadanie grzybów psylocybinowych nie grozi kara pozbawienia wolności.

Dla osób, które posługują się angielskim rozsądną opcją jest też skorzystanie z oferty Brytyjskiego Towarzystwa Psychodelicznego, które regularnie organizuje wyjazdy do Holandii, gdzie przez takie doświadczenie można przejść pod profesjonalną opieką i w bardzo komfortowych warunkach.

2. Podstawowa zasada: set & setting

Najważniejsza zasada przy stosowaniu grzybów (i innych psychodelików) jest znana pod nazwą set & settingSetoznacza nastawienie psychiczne, settingotoczenie. Oba te elementy są dwoma stronami tej samej monety, wpływając i definiując się wzajemnie. Jeśli miałbym użyć kiepskiego porównania, to powiedziałbym, że to SetSettingto YinYangpsychodelicznych podróży. Z jednej strony nasz nastrój i oczekiwania (set) definiuje otoczenie (setting), w którym ma dojść do doświadczenia, z drugiej otoczenie (setting) wpływa na nastawienie psychiczne i nastrój (set).

tumblr_oqqmo9V5wQ1vti7cqo1_500

Jeśli chodzi o set to przez doświadczenie z grzybami najlepiej jest przechodzić z możliwie pozytywnym i otwartym nastawieniem. Podejść do tego tak, jak do ekscytującej podróży na zupełnie nowy kontynent. Taki, na którym jeszcze nigdy Cię nie było. Również żadne dwa doświadczenia, tak jak żadne dwie podróże, nie są takie same.

Nie warto również mieć wobec grzybów nierealistycznych oczekiwań. Psylocybina to nie kokaina, alkohol, ani też MDMA (ecstasy). Chcę przez to powiedzieć, że grzybki to nie narkotyk, który sprawi, że natychmiast poczujesz się dobrze, a problemy znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pozytywne zmiany, które zachodzą w ludziach po takich doświadczeniach są raczej “efektem ubocznym” konfrontacji ze swoimi własnymi emocjami lub też wystąpienia zjawiska tzw. śmierci ego– chwilowego załamania utożsamiania się z nabytą w procesie socjalizacji tożsamością. Jeśli na chwilę przekraczasz to, co uznajesz za swoje zwykłe “ja”, przekraczasz również problemy, które się z tym “ja” utożsamiają. Na prawdę trudno to opisać. Ale kiedy już wrócisz, jest duża szansa, że możesz mieć nieco większy dystans do tego, co zwykło Cię wcześniej martwić.

Zresztą, Jak twierdził Carl Gustav Jung prawdziwe zdrowie można odnaleźć tylko w doświadczeniu transcendentnym: w ekstazie śmierci egoi narodzin jaźni i “ponownego odrodzenia”.

3605427969_0b66656134_b.jpg


Jeśli zaś chodzi o
setting to w badaniach klinicznych, w których psychiatrzy badają wpływ psylocybiny na ludzki organizm wszystko odbywa się w miłym, ciepłym pokoju – takim z kadzidełkami, poduszkami, kocami i spokojną klasyczną lub orientalną muzyką.

Tutaj możesz ściągnąć playlistę na Spotify przeznaczoną specjalnie do doświadczeń z grzybami, stworzoną przez naukowca Billa Richards’a.

Najlepiej jest, jeśli takie miejsce znajduje się w cichej i spokojnej lokalizacji, blisko natury. Nie ma nic piękniejszego, niż spacer po parku lub lesie w końcowej fazie grzybowego tripa. Przez pierwsze parę godzin lepiej jest nie wychodzić z pomieszczenia i dać sobie czas na przeżycie wszystkiego w kameralnym otoczeniu, będąc po prostu samemu ze sobą. Tak będzie również bezpieczniej.

To, że wszystko dzieje się w takich warunkach, a nie na transowym festiwalu czy domówce, nie jest oczywiście przypadkiem. Przez 4 do 6 godzin oddziaływania substancji powinniśmy mieć zapewnione warunki, w których czujemy się bezpiecznie i nie istnieje ryzyko, że ktoś nieproszony tam wejdzie i to doświadczenie zakłóci.

54eb59d77b29a_-_little-house-on-the-lake-couch-living-area-0912-xln
Idealne miejsce na podróż 


3. Dawka

Przyjęcie odpowiednio wysokiej dawki grzybów psylocybinowych powoduje, że się tak wyrażę, wywarzenie drzwi percepcji. W związku z powyższym pozwolę sobie podkreślić raz jeszcze, że to Z-A-W-S-Z-E powinna być przemyślania decyzja.

Ilość psylocybiny w poszczególnych grzybach może się różnić w zależności od gatunku, a tych istnieje ponad 200. Ponadto jej stężenie delikatnie spada z czasem i w zależności od warunków przechowywania. Najpopularniejsze w naszym rejonie gatunki to Psilocybe CubensisPsilocybe Semilanceata, zawierające średnie stężenia psylocybiny. Grzyby można jeść na surowo lub suszone i raczej na pusty żołądek.

tumblr_ntsrajQMY71uvfaz5o1_500.jpg
Istnieje bardzo wiele rodzajów grzybów zawierających psylocybinę.

To na jaką dawkę się zdecydujesz będzie miało kluczowe znaczenie dla całego doświadczenia. Generalnie rzecz ujmując “standardowy” trip to ok. 2-3 gramów suszonych Cubensisów. Grzyby nie są toksyczne i nie można ich przedawkować. Można jednak całkiem prosto wziąć za dużo i wejść na poziom doświadczenia, na który nie jesteśmy gotowi. Takie zdarzenia mogą czasami doprowadzić do “bad tripów” , lub po prostu utraty poczucia przyjemności i komfortu wynikających z rozdźwięku pomiędzy wstępnymi oczekiwaniami, a poziomem doznań.

Z drugiej strony naukowo zostało dowiedzione, że to właśnie te trudne i wymagające doświadczenia na większych dawkach mają największy terapeutyczny potencjał, jeśli odbywają się w kontrolowanych warunkach i z jasno określonymi oczekiwaniami. I tu wraca kwestia oczekiwań właśnie, czyli musicie wiedzieć jakiego rodzaju doświadczenie chcielibyście przeżyć. Generalnie na dawkach poniżej 1 grama nie dochodzi do żadnych spektakularnych przeżyć. Jeśli jest to Twój pierwszy raz nie radzę przekraczać 1,5 grama. To wystarczająco dużo, żeby zapoznać się z efektami i nie spanikować. Zawsze można wziąć więcej następnym razem. I jeszcze jedno – grzybów się nie dojada, co oznacza, że decydujemy raz, a dobrze.

dawkowanie.png
dawkowanie w pełni ususzonych grzybów

UWAGA:Niniejsze wartości dawkowania są adekwatne do suszonych grzybów, czyli takich, których nóżki łamią się, jak zapałki pod naciskiem palców. Od momentu zerwania, do takiego stanu, grzyby mogą wraz z utratą wody mogą stracić nawet 90% swojej pierwotnej masy. Aby oszacować adekwatną dawkę grzybów świeżych, warto użyć tego kalkulatora.


Jak często przez takie doświadczenia przechodzić?

Odpowiedź jest i nie jest prosta. Wszystko zależy od dawki. Profesor James Fadiman, badacz doświadczeń psychodelicznych i dawny wykładowca Harvarda i Stanforda, rekomenduje, żeby w intensywnych podróżach brać udział nie częściej niż raz na kilka miesięcy. W przypadku dawek małych lub progowych (tzw. mikrodozowanie) możliwe jest przyjmowanie substancji 1-2 razy w tygodniu. Niniejsze estymacje wynikają z dwóch spraw. Po pierwsze po przyjęciu psylocybiny rozwija się od razu tzw. zjawisko tolerancji. Oznacza to, że organizm potrzebuje przerwy, aby ponownie odczuć efekty działania substancji (uznaje się, że minimalny okres przerwy pomiędzy średnimi i większymi dawkami to przynajmniej 2 tygodnie). Po drugie istotne jest zapewnienie sobie odpowiedniej ilości czasu i przestrzeni na proces integracji doświadczenia i zyskania dystansu do przebytej podróży.

4. Trip sitter / przewodnik

Fajnie się podróżuje samemu, ale jednak fajniej i bezpieczniej z kimś sensownym u boku. Osoby, które towarzyszą psychonautom w podróżach określa się mianem przewodników lub trip sitterów. Przewodnicy specjalizują się w kompleksowym przygotowaniu sesji, które mają na celu wywołanie tzw. doświadczenia enteogenicznego – to znaczy głębokiego doświadczenia na wysokiej dawce, które poprzedzają wielodniowe przygotowania. Trip sitter to luźniejsze określenie dla osoby, która po prostu czuwa nad tym, żeby doświadczenie poszło możliwie gładko i nie wymknęło się spod kontroli.

Najważniejszą rolą przewodnika i/lub sittera jest zapewnienie poczucia komfortu i bezpieczeństwa podczas podróży. Do tego potrzebny jest ktoś odpowiedzialny,  opanowany i godny zaufania. Ktoś, kto ma za sobą własne doświadczenia i wie, jak się zachować w wypadku turbulencji.

tumblr_oztnzw35K91wij3vlo1_400

Psylocybina jest substancją wyjątkowo bezpieczną, jednak w wyniku zmian percepcji możemy czasami mieć mylne wrażenie, że dzieje się coś złego. Jeśli zaczniesz się stresować, to właśnie ta osoba zapewni Cię, że wszystko jest OK – nawet jeśli wydaje Ci się, że wsysa Cię właśnie czarna dziura. Ktoś, kto potrzyma za rękę, zmieni muzykę lub oświetlenie, jeśli tylko zauważy, że Twoje doświadczenie zmierza w negatywną stronę.

Mimo, że istnieją różne poglądy na ten temat, przewodnicy i sitterzy raczej nie powinni przyjmować substancji w trakcie doświadczenia osób, nad bezpieczeństwem których czuwają. Zasada wynika z tego, aby cały czas posiadali “zdolność operacyjną”, czyli ogarniali na wypadek jakichkolwiek trudności. Z drugiej strony osobom przechodzącym przez doświadczenia z psychodelikami taka sytuacja zapewnia dodatkowy komfort i poczucie bezpieczeństwa. W sytuacjach klinicznych tę rolę będzie pełnił przeszkolony terapeuta, a tradycyjnych ceremoniach indiańskich – szaman.

5. Czy to na prawdę takie bezpieczne?

Wspomniałem już, że grzyby psylocybinowe zostały uznane za najbezpieczniejszą substancję psychoaktywną na świecie. Oznacza to, że w wyniku konsumpcji w przeważającej części przypadków nie dochodzi do istotnych problemów dla użytkowników, ani też zagrożenia dla osób znajdujących się w otoczeniu. Od grzybów nie można się uzależnić, ani też, wbrew obiegowym opiniom, postradać zmysłów (sprawą dyskusyjną w tym względzie jest jedynie teoretyczne ryzyko wydobycia chorób psychicznych dla osób, które mają w swojej rodzinie genetyczną historię zaburzeń tej natury).

Musimy jednak pamiętać, że żadna substancja zmieniająca świadomość nie jest w 100% bezpieczna i w każdej sytuacji istnieją zagrożenia, z których należy sobie zdawać sprawę. Oprócz wspomnianego wcześniej ryzyka przeszacowania dawki i wpakowania się tym samym w tzw. bad tripa, należy wspomnieć o potencjalnej możliwości wystąpienia Zespołu Stresu Pourazowego (PTSD) w wyniku bardzo trudnego, traumatycznego
i niekontrolowanego doświadczenia. Celem tego poradnika jest między innymi wskazanie na wszystkie zawory bezpieczeństwa, które takie ryzyko minimalizują.

W bardzo nielicznych przypadkach istnieje także możliwości wystąpienia HPPD (Hallucinogen Persisting Perception Disorder), czyli tzw. zaburzenia postrzegania spowodowanego halucynogenami. Oznacza to dalsze trwanie zmian wizualnych, mimo tego, że działanie substancji dawno ustąpiło. Niestety nie istnieją obecnie badania, które w jasny sposób wskazują, jak dużej części użytkowników te problemy są w stanie dotknąć. Szacuje się, że tej dolegliwość może doświadczyć od 0,12% do 4,1% użytkowników substancji psychoaktywnychNie ma również odpowiedzi na pytanie, czy HPPD można nabawić się przy pierwszym doświadczeniu, czy jedynie w wyniku długotrwałego stosowania substancji. Wszystko zależy bowiem od predyspozycji genetycznych.

Posłowie

Grzyby to świetna zabawa, ale jak to z każdą świetną zabawą warto pomyśleć o tym, żeby nie zrobić sobie kuku. Mam nadzieję, że utrwalenie sobie tych prostych zasad zwiększy poziom bezpieczeństwa i być może pozwoli Wam przeżyć coś pięknego. Ponieważ nie mam już nic więcej do dodania, pozwolę sobie zakończyć cytatem z Terrence’a McKenny:

We współczesnych czasach wielu ludzi marzy o tym, by poznać swą prawdziwą tożsamość. Wbrew pozorom, nie jest to takie trudne. Wystarczy sięgnąć po wiedzę zawartą w świecie roślin halucynogennych. Ten bowiem, kto nie zna swej prawdziwej istoty, jest niczym innym jak bezduszną rzeczą – golemem. Ów wizerunek zdaje się jednak idealnie obrazować większość mieszkańców stechnicyzowanych cywilizacji przemysłowych, którzy opierają swoją tożsamość na zmiennych modach i stylach życia popularyzowanych przez mass media. Ich świat złożony z jałowej żywności, brukowych środków przekazu i kryptofaszystowskiej polityki, skazuje ich na toksyczne życie w stanie obniżonej świadomości. Znieczuleni przez codzienny program telewizyjny, są żywymi trupami, których utrzymuje w ruchu wyłącznie konsumpcja. 

tumblr_osmv4ljajz1vsku7uo1_500.jpg

Śledź Poznaj Psychodelki na YouTubie i Instagramie.